maj 06 2012

Cracovia

Category: Uncategorizedmindex @ 21:51

Kilka zdjęć z Krakowa, z przedostatniego tygodnia kwietnia.

Hotel Wyspiański. Kraków.

Przyjechaliśmy do Krakowa. Zaparkowaliśmy auto. Poszliśmy zostawić bagaże. Nie zdążyłem nawet podnieść tego ołówka, a już za oknem pokoju hotelowego było widać i słychać padający deszcz. to się nazywa fart ;)

Widok z Wawelu ;) Kraków 2012.

Widok z Wawelu. Dużo widać, nie? :)

Kraków. Okolice Wawelu. Jeszcze niezazieleniona ściana.

Taka sobie ścianka, porośnięta czymś. Jeszcze niezazieleniona.

Zajebiste zające. Kraków. Jakaś tam ulica.

Zajebiste zające ;)

Pasaż Bielaka. Kraków.

Kojarzycie ten pasaż?

Murek. Kraków. Rynek Główny.

A ten murek? ;)

Kraków. Rynek Główny.

Po dość intensywnych opadach deszczu na chwilę wyszło słońce. Ale buty miałem już przemoczone.

Suszenie skarpet.

Trzeba było pójść zmienić skarpety na suche. Na szczęście, prócz zapasowych skarpet, miałem też ….

Asics Gel Blackhawk 2 i 5.

…zapasowe buty. Założyłem jedne z nich i poszliśmy łazić dalej.

Butelki w Krakowie.

Widzieliśmy takie butelki.

Kwiatki w Krakowie.

i takie kwiatki.

Świeczki.

I świeczki.

Bułki

I kupiłem bułki na śniadanie. Mieliśmy, co prawda, wykupiony pokój ze śniadaniem, ale wiedzieliśmy, że nie damy rady z tego śniadania skorzystać. Strasznie późno je zaczynają podawać!

Kościół Mariacki. Kraków.

Kościół Mariacki był lekko krzywy i nieostry ;) Ale cóż poradzić na trzęsące się ręce i wielkie lenistwo, które nie pozwala wziąć ze sobą statywu? :)

Kwiatki w Krakowie.

Ooo. Były też takie kwiatki. Fajne. W ogóle ładnie tam przystrajają knajpiane ogródki.

Kościół Mariacki. Kraków.

Kościół dalej był krzywy i nadal nieostry.

Krakowskie Kwiaciarki.

Na rynku, mimo deszczowej pogody i późnej pory, można było kupić (lub tylko pooglądać) kwiaty pod żółtymi parasolami.

Lampa.

Ale my wróciliśmy do pokoju. Zapaliliśmy lampy, wzięliśmy prysznic, obejrzeliśmy kawałek filmu w TV, zgasiliśmy lampy i „poszliśmy” spać. Później się okazało, że ja mogłem spokojnie obejrzeć ten film do samego końca. W sumie… szkoda trochę, że nie obejrzałem ;)

Następnego dnia zdjęć nie robiłem ;) Za gorąco było, czy coś. Taki ze mnie leń.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,


kwi 10 2012

postawmy wszędzie znicze

Category: Uncategorizedmindex @ 09:15

10 kwietnia 2012 roku. od rana w mediach przypomina się, że dziś mijają dwa lata od katastrofy prezydenckiego Tupolewa pod Smoleńskiem. ja się w sumie cieszę, że przypominają, bo dzięki temu wspominam sobie, że wtedy byłem na fajnej wycieczce rowerowej po Poleskim Parku Narodowym. Informacje o katastrofie usłyszeliśmy w radio, jadąc do parku z rowerami na bagażniku. Fartem, bo wcześniej słuchaliśmy płyt. No. I dzięki temu porównuję sobie pogodę z dzisiejszą z tą z tamtego dnia. Wtedy było chłodno rano, ale nie ZERO stopni. Ale nie było tak słonecznie jak dziś. Było bardzo pochmurno. Ale pamiętam, że tydzień później było już i ładnie i bardzo ciepło. Liczę na to samo w tym roku :)

 

Od rana, w Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu, ale też w innych miejscach w Polsce, ludzie stawiają dzisiaj znicze. No i w sumie OKEJ. Nie przeszkadza mi to. Można w zasadzie nawet rzec, że jest to normalne. Normalne w sumie też i nawet pożyteczne jest, kiedy stawia się znicze, krzyże, czy nawet pomniki w miejscach, gdzie ktoś tragicznie zginął. Stoją one tam bowiem „ku przestrodze” i „ku pamięci”. Jak ktoś rozwali się samochodem na prostej drodze, bo za bardzo przycisnął swojego mercedesa w124, to stawia się krzyż i świeże znicze co miesiąc. I dobrze. Inni jadą, widzą i może nawet zwalniają. Ponoć tak zwani „drogowcy”, przy przebudowach dróg, nie usuwają takich pomniczków itp., ale zostawiają je przy wyremontowanych drogach. Ma to jakiś sens. Jak jakaś banda debili zabije jakiegoś człowieka na ulicy bijąc go czy kopiąc, też stawia się w miejscu tragedii znicze itp. I to też rozumiem. Takie sytuacje trzeba piętnować, upamiętniać, przypominać ludziom. Niech przestrzegają innych, nie przypominają wszystkim, do czego może prowadzić głupota, przesadzanie z alko, nieuzasadniona agresja itd. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie… jedno małe „ale”.

 

Jest w Lublinie, na jednym osiedlu, trafostacja. Taki budyneczek mały. Przy niej stoi sobie trzepak. Przy trzepaku stoi pojemnik na tzw. frakcję suchą. Pewna pani, mieszkanka tego osiedla, wyszła kiedyś tam sobie, jak co parę dni, wynieść frakcję suchą do śmieci. Wyniosła i… nagle, przy tym trzepaku, osunęła się na ziemię. Zmarła. Przyjechało pogotowie, stwierdziło zgon, później ustalono, że pani zmarła w wyniku zawału serca. Pani miała, o ile dobrze pamiętam, 67 lat. To jest wiek, w którym zawał serca, nawet u kobiety, jest – przynajmniej w Polsce – uzasadniony i pewnie dość często spotykany. Normalna rzecz – można by rzec. I co? I teraz, choć już kilka miesięcy minęło od śmierci tej pani, przy trafostacji, obok trzepaka, stoją znicze.

I ja PYTAM: PO JAKĄ CHOLERĘ tam te znicze? Co? Pani nie ma grobu? Na pewno ma. Więc niech se rodzina je stawia TAM. Jak mają na cmentarz daleko, niech se postawią jej zdjęcie w DOMU i pod nim palą świeczki. Codziennie tysiące ludzi umierają w mieszkaniach, ludzie umierają w miejscach pracy, na działce, w autobusie, w sklepie, gdziekolwiek. Masa ludzi umiera w szpitalach. I jakoś NIKT zniczy tam nie stawia. Ktoś zapyta: „Co Ci przeszkadzają te znicze na osiedlu?” A no przeszkadzają. Stoją tam sobie, bez żadnej adnotacji, niejako BEZ SENSU, nieopisane nijak. Stoją i może nie przeszkadzają specjalnie, ale psują krajobraz, przywodzą na myśl jakieś skojarzenia z przestępstwami, czy jakimiś wypadkami. Skoro stoi tam trzepak, śmietnik, trafostacja, wydaje się, że to idealne miejsce, by zapędzić kogoś w kąt między nimi i skopać go na śmierć za telefon i 20 złotych. Więc jeśli ktoś przyjeżdża na to osiedle na święta na przykład i widzi te znicze, pewnie tak sobie myśli: jacyś bandyci pewnie tutaj zabili kogoś. Jeśli akurat szukasz mieszkania do kupienia i idziesz oglądać oferowane do sprzedaży w bloku obok, zobaczysz takie znicze, pomyślisz sobie pewnie to samo i zastanowisz się trzy razy, czy chcesz, by Twoje dzieci chodziły po tym osiedlu po ciemku, wracając z dodatkowego angielskiego. A tymczasem okazuje się, że tam nic strasznego się nie stało. Ot, po prostu, starsza pani zmarła wynosząc śmiecie, czy tam coś. GŁUPOTA I BEZMYŚLNOŚĆ oraz MYŚLENIE TYLKO O SOBIE u tych, którzy te znicze tam stawiają, odstrasza innych, psuje im humory, robi danemu osiedlu „czarny pijar” czy tam cokolwiek. Nie rozumiem tej idiotycznej tendencji. Jakie jest wyjście? Stać tam trzy dni pod rząd, cały dzień i czekać na tego, kto przylezie znicz zapalić. I przeprowadzić z nim poważną rozmowę. Czy zrozumie? Wątpię. Zresztą… Pewnie jest więcej podobnych miejsc w Polsce. W każdym z nich nie da się stanąć i czekać na stawiacza zniczy.

Znacie jakieś inne wyjście? Mam pewien pomysł. Trzeba stawiać znicze WSZĘDZIE. Gdzie się tylko da. Zginął tu ktoś kiedyś? Stawiamy znicz. Umarł dziadek? Stawiamy znicz. Wujek, który zmarł tydzień temu, pracował w MPK? Postawmy znicze pod siedzibą przewoźnika, na wszystkich przystankach i we wszystkich autobusach jego ulubionej linii. Babcia zmarła na zakupach w Biedronce? Postawmy znicze pod KAŻDĄ biedronką w kraju! A co! Postawmy też znicze na wszystkich polach w Polsce. Przecież jest ogromne prawdopodobieństwo, że ktoś tam, kiedyś, zginął w którejś z wielu wojen, które przetoczyły się przez nasz kraj. PAMIĘTAJMY! No. I to jest rozwiązanie. Znicze nie będą już nikogo „straszyły”. Przyzwyczaimy się do nich wszyscy. A i ich producenci będą wniebowzięci, bowiem nie będą już musieli się utrzymywać przez cały rok tylko z zysków okołopierwszolistopadowych!

myślmy, zanim coś zrobimy. to – podobno – nie boli. choć, jak czasem patrzę na to, co moi rodacy wyrabiają na co dzień, mam poważne wątpliwości.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,


lut 03 2012

zamotane stereo-typki

Category: Uncategorizedmindex @ 23:41

nie lubię generalnie stereotypów. nie lubię generalizowania, szufladkowania. dlatego nie myślę nigdy, że jak ktoś łysy to zły, a jak katolik, to nienormalny, czy dewot. nooo, może poza małymi wyjątkami, gdzie generalizować nawet lubię. robię wyjątki dla kierowców Passatów (z małymi wyjątkami), ludzi z trzyliterowymi rejestracjami (również z pewnymi wyjątkami) i parę innych :)

ale co ja sam mogę zmienić w tym wielkim świecie? nic nie mogę. wiadomo. a świat jest stereotypów i utartych opinii pełen. i tak na przykład wszędzie (w Polsce) dowiecie się, że jak samochód jest francuski, to jest do dupy. i w sumie… uważam, że jest w tym trochę racji. ale boję się generalizować, bowiem wiem, jak Polacy mówią o takich samochodach i wiem jednocześnie, jak wielu z nas ich (samochodów, ogólnie) używa. ale o używaniu dopowiem słowo jeszcze później. usłyszycie podobne rzeczy o samochodach włoskich (fiaty), ale już o niemieckich nie usłyszycie złego słowa. same superlatywy. bo passacik, audiczek 80, czy mercedes, to najlepsze fury. można jeździć milion kilometrów na tym samym oleju, nie wymieniać części i jeszcze sprzedać jako „prawie nówkę” kolejnemu „pierwszemu właścicielowi”. nie wszystkie niemieckie furki mają jednak tak dobrą opinię u naszych rodaków. z Oplem jest już gorzej. szwedzkie samochody również cieszą się opinią niezawodnych i dobrych, ale wśród mniejszej grupy Polaków niż auta niemieckie. nie do końca wiem, dlaczego, ale przypuszczam, że powód jest prozaiczny. po prostu od Niemców nie dzieli nas morze. z Berlina można w miarę szybko dojechać do dowolnego w zasadzie miejsca w Polsce, nawet lawetą pełną „nie bitych” passatów od „dziadka” ;) wśród nacji produkujących samochody jest jeszcze jedna, ważna. Japończycy. jaka jest obiegowa opinia o autach japońskich? wiadomo. że dobre, że niezawodne. czy się z nią zgadzam. tak samo jak z każdą poprzednią. dlaczego? no właśnie. z powodu powyższego – nie lubię generalizowania i stereotypów, ale też z poniższych.

 

czytałem jakiś czas temu artykuł w jakimś serwisie internetowym, czy prasie „branżowej”, nie pamiętam. bez znaczenia, gdzie. ważne, o czym. a był o tym, że nie ma dzisiaj już samochodów włoskich, szwedzkich, japońskich, czy niemieckich. jak to nie ma? – powie ktoś. a no nie ma, bo Saab ma silniki od Fiata, Fiat ma komponenty japońskie, Toyota wiele części niemieckiego Boscha, a w Audi czy BMW są angielskie podzespoły. o wycieraczkach, chłodnicach, systemach klimatyzacji, klockach hamulcowych, filtrach etc, nawet nie ma sensu wspominać. poza tym Fiata produkuje się w Polsce, u nas robimy też Volkswageny i silniki do … Toyoty. co więc jest w niemieckich samochodach niemieckie, a w japońskich japońskie? ano myśl chyba tylko, choć i to nie jest pewne, bo Niemcy zatrudniają Amerykanów, żeby im rysowali nowe modele, Japończyków, by opracowywali technologie itd. Japończycy z kolei – chcąc sprzedawać auta w Europie – zatrudniają u siebie Europejczyków. ale jak zapytamy właściciela popularnego w Polsce „paska”, dlaczego jeździ tym używanym, sprowadzonym z Niemiec, bitym z dwóch stron B5, zamiast nową Skodą Octavią w podobnej cenie, to powie: „bo to Volkswagen, niemiecka precyzja i porządek”. inną sprawą jest, że w Skodzie to kicha siedzieć, ale wysiadać z Passata z „klimatronikiem” to już „coś”. prestiż na wsi ;) tylko Pan passaciarz nawet nie ma pojęcia, że jego auto ma w sobie masę części z innych krajów, takich samych jak w Renault, Nissanie, czy nawet Skodzie (choć to akurat oczywiste, bo przecież Skody jeżdżą na silnikach i masie podzespołów z VW). A tak – niestety – jest.

Co się jeszcze okazuje? a no tyle, że niektóre stereotypy są uprawnione. okazało się całkiem niedawno, że – wcale nie przez mrozy – mój samochód nie zawsze chciał zapalić. akumulator, jako przyczyna, odpadał. jest nowy. brak prądu w rozruszniku – również. bowiem rozrusznik „pykał”, ale nie „kręcił”. diagnoza totalnego laika, czyli moja: „szczotki” (wiem, że tam są, nie wiem, jak wyglądają, wiem, że mogą się „zawieszać”). diagnozy znawców, którzy widzieli rozrusznik w środku i znają zasadę działania, były już nieco inne, choć wymieniali też szczotki.  więc samochód raz zapalał, raz nie. ponieważ jest zimno i średnio mi się podobała perspektywa konieczności wzywania assistance gdzieś daleko od miasta, w „szczere pole”, gdzie w dodatku może nie być zasięgu (a ostatnio sobie w takie okolice jeździmy) i czekania na ich przyjazd, stwierdziłem, że trzeba temat powierzyć fachowcom. tak też uczyniłem, ale zanim oddałem im samochód, najpierw zapytałem o możliwą przyczynę. pan powiedział: „w tych samochodach są rozruszniki „nippon denso”, które nie mają tulejek, są porządne, na łożyskach i w zasadzie jedyna rzecz, która się tam „psuje” to wypalające się styki”. myślę sobie: „wiadomo, zajebiście, Japończycy włożyli do japońskiego auta japoński rozrusznik” i cieszę się jak dzieciak z tego faktu. Denso jest bowiem japońską firmą, która w 49 roku powstała z wydzielenia jej z Toyota Motor Co. także wiecie :) samochód oczywiście zostawiłem. usługa wraz z częściami (stykami) miała kosztować 150 PLN. zrobili tego samego dnia, ale odebrałem następnego. przez telefon powiedzieli, że 200 PLN mam zapłacić. przyjechałem, wypłaciłem 200 z bankomatu, poszedłem, jeden pan drukuje fakturę, wypisuje jakąś gwarancję, a ja idę do innego, mechanika, który zajmował się moim autem i pytam: „i co było?”. on odpowiada: „szczotki i tulejki”. ja (zdziwiony): „ale miały być łożyska”. a pan mówi: „ale nie było u pana rozrusznika denso, ale inny – francuski”. ja: „czyli?”. pan: „czyli słaby”. no i wszystko jasne. podziękowałem i wyszedłem. no i się trochę zdołowałem, że akurat do tej partii/rocznika/czy sam nie wiem czego nie mogli włożyć tych japońskich rozruszników, ale wzięli francuski (na pewno tańszy) szajs.

przecież Francuzi to se mogą wino robić, szampana, czy sery. co jest dobre francuskie? seks. plaże w Antibes, uliczki w Paryżu, ale nie – do cholery – komponenty do JAPOŃSKICH samochodów. co te oszczędności robią z tego świata?!?!!

No i teraz widzicie, jaka jest różnica pomiędzy myślą japońską a francuską. w Denso wkładają łożyska i robią rozruszniki, które się tak szybko nie zużywają. we Francji – robią inaczej. chcą bowiem – do tego samego auta – sprzedać dwa rozruszniki zamiast jednego. nie lubię ich.

jako ciekawostkę powiem jeszcze tylko, że po odbiorze samochodu zorientowałem się (tak z 1,5 h później, kupując bilety w kiosku), że wypłacone w bankomacie 200 PLN jest nadal w moim portfelu. zadzwoniłem więc do warsztatu i powiedziałem, żeby przy zamykaniu dnia nie mieli sraczki. dziękowali bardzo. kiedy dziś przyszedłem zapłacić, już wiedzieli, że to właśnie ja i dziękowali znów. i dali mi gratis żarówkę do światła mijania (spaliła się przypadkowo, kiedy auto było u nich).

tak więc wszystko jest dobrze, tylko ja nie mogę przeżyć tego, że mam francuski rozrusznik :D nie wyobrażałem sobie tego wcześniej, tak jak nie można sobie wyobrazić, że zakład energetyczny robi prąd w różu. ;)

teraz, jak mnie ktoś zapyta podobnie jak kiedyś, dawno, kiedy padła mi cewka w aucie i Marek przyholował mnie z trasy do Włodawy: „Honda się zepsuła? niemożliwe”, to odpowiem: „możliwe, bo rozrusznik był francuski”. może to przekona tych pytających, że stereotypom nie warto wierzyć, a jak już nawet tak, to trzeba mieć też trochę wiedzy. bowiem – przypomnę – nie ma już „japońskich samochodów”.

 

a teraz dorzucę jeszcze parę słów o tym, jak Polacy postrzegać się zdają „bezawaryjność” samochodów. i co myślą o ich serwisowaniu i wydatkach na eksploatację. mam wrażenie, że wielu ma takie podejście, że:

- cena samochodu to po prostu cena jego zakupu,

- nowego nie opłaca się kupować, bo traci na wartości i trzeba robić kosztowne przeglądy w ASO

- jak kupimy samochód z tych „bezawaryjnych” (czyli np. NIEMIEC), to mamy nim jeździć sto lat i wszystko ma działać jak w nowym, prosto z salonu, a my nie będziemy musieli nic wymieniać

- jak samochód jest z tych „dobrych”, to nie może się zepsuć, a jak już np. taki „japończyk” się zepsuje, to trzeba zmienić opinię o tych autach i stwierdzić, że są „do dupy”.

Czyli co? Czyli zapominamy, że nie ma nic niezniszczalnego, zapominamy, że na samochód musi nas być STAĆ, ale nie w sensie możliwości jego zakupu, lecz również kupowania paliwa, serwisowania, ubezpieczania, wymiany części eksploatacyjnych etc. zapominamy, że auto to rzecz, o którą koniecznie trzeba dbać i inaczej właściwie się nie da. i oczekujemy, że kupiony od siódmego właściciela, osiem razy puknięty, cięższy o jakieś sto kilo szpachli, lekko podrdzewiały i zostawiający trzy ślady „samochód”, który ma już 15 lat, będzie miał 120 tysięcy km przebiegu, będzie w super stanie i posłuży nam jeszcze przez długie lata, bez najmniejszego serwisu, czy remontu. skąd takie oczekiwania? właśnie nie wiem. z jakiejś głupoty, naiwności, zacofania. wiem, że czytałem o tym już parę razy w różnych artykułach czy felietonach, ale i miałem okazję to obserwować.

co więc chcę powiedzieć na koniec? drodzy Polacy, benzyna jest dziś droga, ON jeszcze droższy, LPG chyba też drożeje, oleju ze smażalni frytek nie kupicie, bo wszystkie smażalnie już dawno mają zaklepanych odbiorców, przemycane paliwo kupić nietrudno, ale trzeba się kawałek przejechać i wiedzieć od kogo kupować. serwisy samochodowe są drogie, samochody trochę może tanieją, ale nie dotyczy to części i usług. dlatego, zanim wybierzecie się w niedzielę na giełdę i zanim kupicie sobie wymarzoną furkę za całą oszczędzoną kasę, zostawiając sobie tylko na OC i paliwo na najbliższy tydzień, pomyślcie dwa razy, przemyślcie to dobrze i rozważcie, czy w ogóle Was na tego złoma stać. może warto kupić coś z mniejszym silnikiem, z mniejszą liczbą „wypasionych” opcji, ale za to nowszego i w nieco lepszym stanie, z prawdopodobieństwem mniejszego przebiegu? może pięć stówek warto wydać na podróż po dobre auto np. ze Szczecina, jeśli mieszkacie w Przemyślu, czy Katowic, jeśli jesteście z Gdańska? a może w ogóle nie potrzebujecie samochodu. zastanówcie się dwa razy, a później jeszcze trzeci. przeliczcie kasę i ją uszanujcie. w końcu to Wy ją zarobiliście i warto, żeby to, co za nią kupicie, było dla Was rzeczą przydatną i przyjemną w użytkowaniu, a nie denerwującą i nastręczającą kłopotów. a jak kupujecie Hankę, to sprawdźcie, czy nie wsadzili do niej jakiegoś francuskiego rozrusznika przypadkiem :)

 

to by chyba było – na dzisiaj – na tyle.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , ,


lis 30 2011

Nie mogę się zdecydować…

Category: Uncategorizedmindex @ 12:19

…czy pisać o rzeczy jednej, o dwóch, trzech, czy może czterech. chcę bowiem napisać o kilku.

Przeczytałem wczoraj jeden wywiad (chyba nawet nie w całości) i jeden artykuł, a w zasadzie reportaż. I tak z reportażu dowiedziałem się na przykład, że pracownicy chińskich fabryk pracują pod stałym nadzorem UZBROJONYCH strażników. Może w Chinach ludzie są do tego przyzwyczajeni, ale moim zdaniem to trochę niefajne, jak widujesz na co dzień uzbrojonych ludzi. Oczywiście wiadomo, że i w Polsce widujemy uzbrojonych Policjantów i czasem nawet żołnierzy. Ale jednak to nie to samo, co widzieć ich codziennie i to jeszcze w pozycji z pistoletem maszynowym w pełnej gotowości. Miałem okazję obserwować takich żołnierzy w Libanie. Już po przylocie na międzynarodowe lotnisko w Bejrucie spotkałem sporą grupę wojska, która przemaszerowała przez lotnisko. Po wyjściu z terminala, wyjeżdżając z lotniska, widzieliśmy budki z uzbrojonymi żołnierzami. Takie posterunki kontrolne. Później, w samym mieście, spotykaliśmy wielokrotnie miejsca, gdzie stały patrole wojskowe, uzbrojone po zęby, miejsca, gdzie były zasieki z drutu kolczastego i dużych betonowych bloków. Widzieliśmy zlokalizowane w mieście bazy i posterunki wojskowe, gdzie stały czołgi, transportery opancerzone i Hummery. Co jakiś czas jacyś żołnierze przemieszczali się po mieście samochodami, dzierżąc w dłoniach pistolety i karabiny maszynowe. Nie mam wątpliwości, że broń była naładowana, a oni gotowi do działania w każdym momencie. Kiedy wracaliśmy na lotnisko, nocą, sprawdzał nas pan w biało-czerwonej budce. Zajrzał do zdezelowanej Hondy, przyglądając się nam i weryfikując podobieństwo twarzy naszych do tego, co było w paszportach, a karabin o mało nie wpadł mu do samochodu przez otwartą szybę. Niefajnie, mówię Wam. Ci, którzy w 81 roku mieli przynajmniej kilka lat, mogą pamiętać takie obrazki z naszego własnego podwórka. Współczuję więc Chińczykom, podobnie jak Libańczykom, pomimo tego, że jedni i drudzy są chyba przyzwyczajeni do ich codzienności. Na pewno są.

Wrócę jednak do reportażu. Był o produkcji butów i trochę bardziej ogólnie, o Chinach. Dowiedziałem się, że kraj ten jest najbardziej zanieczyszczony na świecie. Dziwne? Nie. Przecież tam teraz produkuje się niemal WSZYSTKO. A już na pewno wszystko, co niezdrowe dla ludzi i dla świata. Niezdrowe w procesie produkcji. Fabryki produkują tam „na potęgę”. Są ogromne. Pracują dla kilku korporacji każda i niech Was nie zdziwi, że Wasze spodnie Levi’s są produkowane w tej samej fabryce, co np. Lee, których nie lubicie. Ten sam Chińczyk, z tego samego dżinsu, robi od 6 do 12 dla Levi’s, a od 12 do 20 dla Lee i Wranglera ;) Na tyłach tych wielkich fabryk składuje się to, czego nie wykorzysta się do produkcji. Ścinki i odpadki z plastiku, folii, czy materiałów, zalegają tam latami i nie mają nawet zamiaru się rozkładać. Nic dziwnego, skoro są w sporej części zrobione z „wysokoprzetworzonej” ropy naftowej. W chińskich miastach jest wszechobecny smog, a ich wody mogą być zanieczyszczone toksycznymi substancjami. W końcu na co dzień używa się tam różnych klejów, farb i tym podobnych. Nie wszystkie są na bazie wody ;) Korzystają na tym wielkie korporacje z całego świata i … Chińczycy. Ale nie ci, którzy pracują w fabrykach. Rząd Chin i chińskie firmy. Bogacą się i zaczynają kupować tu i ówdzie różne „rzeczy”. A to kupią sobie jakiś bank, a to firmę.

Dlaczego o tym napisałem? Bo pomyślałem sobie po przeczytaniu tego reportażu, w którym na końcu napisano, że produkowane w nieprzyjaznych środowisku procesach buty, które nigdy się nie rozłożą, powinniśmy kupować „świadomie”, bo to pomoże Ziemi, że cała ta „eko-ściema” jest MEGA ŚCIEMĄ. I jest tylko dla zamydlenia oczu ludziom. Mówią Ci, żebyś zakręcał wodę, jak myjesz zęby i segregował śmiecie, a zbawisz świat. A prawda jest taka, że to nie Ty i Twoje nawyki, czy decyzje, mogą tu cokolwiek zmienić. Oczywiście zgadzam się, że odpadów jest mniej, jak całe miasta wyrzucają butelki PET do specjalnych pojemników i te butelki są później przetwarzane. Ale „Ty” nie zmienisz nic, nie kupując nowych „najków” czy adidasów. Firmy i tak będą je produkowały i sprzedawały na całym świecie. I nawet zakrojona na wielką skalę akcja na fejsbuku, gdzie zbierzesz 10 czy nawet 30 tysięcy podobnych sobie, którzy pochodzą w jednych butach rok dłużej, nic nie da. Tyle butów to oni produkują dziennie w jednej fabryce. Jeden kontener mieści kilkanaście tysięcy par. A wysyłają statkami „w świat” po kilkadziesiąt kontenerów za jednym razem.

O co więc chodzi w modzie na ekologię? A no o modę właśnie, ale zapewne również o pieniądze. Dlaczego? Bo nikogo, kto głośno przyznaje się do tego, że jest „eko”, nie obchodzi, co będzie ze światem. Większość po prostu na tym zarabia. Niedawno w IKEI widziałem te ich pudełka do segregowania odpadów. Po chyba 35 zł za sztukę. Pomyślałem nawet przez chwilę, że skoro segreguję odpady, to może mógłbym kupić. Ale szybko wybiłem sobie to z głowy. Przecież suche odpady wyrzucamy do worków foliowych i w nich je wynosimy do kontenerów. Nie potrzebuję na to specjalnego pojemnika za 35 złotych. Ale IKEA namawia ludzi do tego, by być „eko” i jednocześnie „trendy” i sprzedaje im swoje „eko” produkty! :) No i jest oczywiście sprytna. Wozi meble w cienkich paczkach, niezłożone, by nie płacić pracownikom za składanie i przewoźnikom za dodatkowe ciężarówki, a mówi Ci: „jak złożysz swój mebel sam, to przyczynisz się do poprawy klimatu na Ziemi, bo dzięki Tobie właśnie nie musimy brać 3 ciężarówek, ale bierzemy jedną”. To nic, że nasz właściciel lata co tydzień gdzieś swoim prywatnym Jet’em, który emituje więcej CO2 w czasie jednego przelotu niż 10 ciężarówek pokonują 1000 km każda :)

Nie dajcie się więc nabierać i bądźcie „eko”, ale dla siebie, swoich dzieci, przyjaciół i innych, którzy są bliżej Was. Więc jeździjcie rowerem, ale by nie tracić kasy na paliwo, zdrowia na korki, czasu na szukanie miejsca parkingowego i aby być zdrowszym. Nie zaśmiecajcie lasów i rzek, by Wasze dzieci mogły za kilkanaście lat pójść spokojnie pobiegać w czystym lesie i napić się wody z rzeki. Segregujcie odpady, żeby w naszej okolicy nie rosły coraz większe wysypiska śmieci, które śmierdzą na odległość. A kto wie, może Wasz syn pozna kiedyś miłość swojego życia z miejscowości, która leży tuż przy wysypisku i będziecie tam się musieli czasem pofatygować. Tak więc myśleć trzeba nie o „świecie”, ale po prostu o innych, a także o sobie, ale nie krótkowzrocznie. Trzeba myśleć umiejętnie, przewidywać, wybiegać w przyszłość. Nie przesadzajcie, ale nauczcie się tego. A wielkie korporacje i ich „eko-ściemy” spokojnie olejcie. Kupujcie co chcecie i róbcie co chcecie. Nie dajcie się nabrać na hybrydowe auta, czy ekologiczne buty. Nie myślcie, że skórzane buty są „lepsze dla świata” od sztucznych.

Drugi temat, który sobie teraz przypominam, jest nieco milszy. Biegłem wczoraj i spotkałem chłopaka, który biegł w przeciwną stronę, z jakimś plecakiem. Pozdrowił mnie, podnosząc rękę w górę i mówiąc „cześć”. Odpowiedziałem tym samym. Spotkałem później po drodze jeszcze chyba 3 czy 4 podobne osoby. Już bez „cześć” i ręki w górze. Już w momencie mijania chłopaka przypomniał mi się wywiad ze znanym polskim satyrykiem, aktorem, felietonistą i dziennikarzem (jak się nie mylę), Panem Jackiem Fedorowiczem (pamiętacie go na pewno, jak nie z „Nie ma róży bez ognia”, to z „Dziennika Telewizyjnego” w nowej odsłonie). I Pan Jacek w tym wywiadzie mówi: „Przez dwa miesiące byłem na występach w USA i zwróciłem uwagę, że joggerzy pozdrawiają się starannie, dając świadectwo przynależności do wtajemniczonej mniejszości, do grona apostołów nowej religii. Gdyby teraz chcieli się pozdrawiać, to w niektórych miejscach musieliby biegać z ręką w górze na stałe. U nas też się ruszyło.”. Śmieszny tekst, a jednocześnie prawdziwy. Podoba mi się to, że u nas już coraz mniej osób pozdrawia się w trakcie biegania. To świadczy o tym, że jest ich (chyba) coraz więcej. To tyle w tym temacie. Noo, może jeszcze dodam, że wywiad pochodzi stąd (jak się coś cytuje, to trzeba podać źródło) :D

 

I ostatnia rzecz, o której chciałem napisać, to świetny pomysł, na który żałuję, że nie ja wpadłem :D Mianowicie – CHOINKI NA TELEFON. Znalazłem w skrzynce ulotkę z takim tekstem i numerami telefonów. Uważam, że pomysł super i mający spore szanse na sukces. Nie płacisz za jakiś plac, nie rozstawiasz drzewek na wielkiej przestrzeni. Masz je „na samochodzie” i tylko czekasz na telefon. Zabiegani przed świętami ludzie tylko dzwonią, a Ty przywozisz im choinki do domu. Oczywiście bierzesz drożej niż „na rynku”, ale to wydaje się oczywiste. Nie wiem, czy sam z tego nie skorzystam, bowiem samochodem specjalnie po choinkę to nie pojadę na pewno.

 

A poza tym wszystkim, to mamy dziś 30 dzień listopada i śliczną pogodę. Świeci słońce, a niebo jest błękitne. Choć dopiero środa, to liczę, że taka pogoda utrzyma się do weekendu. Wiem wiem, brak deszczu przyniósł suszę w listopadzie – zjawisko raczej mało spotykane. I wysychają rzeki, a Solina w połowie jest bez wody. Trudno, ale przynajmniej jest ładnie i można sobie spokojnie chodzić piechotą, czy jeździć rowerem do pracy.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,


lis 10 2011

Tematów tysiąc.

Category: Uncategorizedmindex @ 16:51

Co chwilę, co dzień, mam ochotę napisać coś na jakiś temat. Codziennie wydarza się coś, co kwalifikuje się do opisania na łamach „mindeksa”. Czasem uczestniczę w takim wydarzeniu, czasem jestem jego prowodyrem, czasem świadkiem. Czasem czytam o nim w prasie albo słyszę w radio. Czasem – wreszcie – chodzi tylko o komentarze tak zwanych ludzi do różnych sytuacji. Dziś spróbuję zebrać to, co pamiętam i napisać po kilka słów na każdy z tematów ostatnich dni.

Dlaczego piszę „tak zwanych ludzi”? Powiedziano kiedyś: „Człowiek – to brzmi dumnie”. Mając te słowa w pamięci nie mogę nazywać ludźmi tych, z których dumnym być nie mogę. No ale z drugiej strony… jest takich na świecie tak wielu, że uważam, że autor cytowanych słów (p. Gorki) nie do końca miał rację. „Człowiek” wcale nie brzmi dumnie. Albo tylko brzmi. Ale powodów do dumy tu niestety nie ma. Gdybym wiedział, że np. zwierzęta nas oceniają, to wstyd mi było przed nimi, że jestem człowiekiem.

W każdym razie ludzie komentują różne wydarzenia, artykuły, informacje. Dzisiaj skomentować można wszystko i może to zrobić każdy. Gdzie? Jak? A no oczywiście w Internecie. Czytam codziennie tzw. „prasę lokalną”, która pisze, co tam ciekawego w Lublinie (albo i co nieciekawego, bo czasem piszą o takich bzdurach, że śmiać się chce). Czytam też portal informacyjny, z informacjami z Polski i świata. Wszędzie można sobie komentować do woli. I nie dziwię się już wcale poziomowi komentarzy. Bowiem mam w pamięci znane dobrze słowa Lema, który stwierdził, że dopóki nie skorzystał z Internetu, nie wiedział, że na świecie jest tylu idiotów. Coś w tym jest. Mam też w pamięci fakt, że komentarze na Onecie (czyli chyba najczęściej odwiedzanym portalu w polskim Internecie) doczekały się już takiej sławy, że można mówić, że coś jest „głupie jak komentarze na Onecie”. Wcale nie lepiej jest na TVN24, Gazecie.pl (lubelskiej), Kurierze Lubelskim i Dzienniku Wschodnim. Więc głupota komentarzy i ich autorów jakoś tam po mnie spływa (czasami napływając mi np. do oka i powodując jego mocne pieczenie). Inaczej jest z cholerną tendencją Lublinian (ale nie tylko, bo czasem zdarza mi się przeczytać artykuł z Wrocławia, Poznania czy Warszawy) do narzekania. Cholerne, denerwujące, malkontenctwo przekracza tu chyba wszelkie granice. Narzeka się na wszystko i zawsze. Chyba dla zasady. Jak?

Władze Lublina remontują teraz kilka odcinków różnych dróg w mieście, w tym samym czasie wprowadzają strefę płatnego parkowania w centrum, budują nowe drogi dla rowerów, prowadzą kampanie zachęcające do przesiadania się z samochodów do MPK, pracują nad budową bus-pasów, wprowadzają „politykę rowerową”, „politykę parkingową”, prowadzą dialog ze społeczeństwem, z organizacjami pozarządowymi, stawiają stojaki rowerowe, kupują nowe autobusy miejskie (coraz nowsze, ładne), montują w tych autobusach wyświetlacze LCD, stawiają nowe słupki na przystankach itd. Widać, że „coś się dzieje” (cytując klasyka z kościelnej ambony). Prawda?

Gazety o tym oczywiście piszą. I teraz zaczyna się fajne. Gazeta pisze, że będą utrudnienia na Smorawińskiego, bo kładą tam nową nawierzchnię. Ludzie narzekają: „jak to? Jak mam dojechać do pracy? co to za pomysł, żeby wtedy remont robić?”. Innym nie podoba się, że muszą dłużej jechać do pracy, ale jednocześnie narzekają, że zostaje kawałeczek nieremontowanej nawierzchni (na wiaduktach, bo tam jest drogo remontować – mój przypis).

Dwa dni później gazeta pisze, że Miasto zaczęło akcję promującą dojazdy autobusami zamiast samochodami prywatnymi. Co się pojawia? Oczywiście narzekania. „po co?”, „dlaczego?”, „wyrzucanie pieniędzy” i obliczenia, które mają dowodzić, że bardziej opłaca się swoim samochodem plus „argumenty” przemawiające za tym, że swoim wygodniej. Pojawiają się ludzie, którzy piszą, że „starym Ikarusem nie jeżdżę”, „w smrodzie nie jeżdżę”, „w tłoku nie wsiadam” itd. A ja nie widziałem Ikarusa na ulicach Lublina już bardzo dawno. Za to widzę masę Mercedesów, nowych Autosanów i Solarisów. Już nawet Neoplany kupowane w latach 90 i Jelcze z tamtych czasów zdarzają się rzadko. Większość autobusów jest czysta, nowa, ładna w środku. Jeżdżę raz na jakiś czas, ale od daaaawna nie trafiłem na tłok ani na śmierdzących bezdomnych czy innych żuli. Fart? Przyznaję, że automaty do biletów nie działają, a kierowcy nie mają wydać, ale to sprawa mało ważna w sumie. Ja bowiem jeżdżę okazjonalnie, czasem „z zaskoczenia” (tzn. konieczność skorzystania z MPK mnie zaskakuje ;>) W autobusach są wyświetlacze pokazujące przystanki, reklamy i informacje ze świata, podpowiadające, kto ma dziś imieniny i mówiące, z jaką prędkością pojazd się porusza. Czasem widzę ludzi z książkami, uczących się lub czytających dla rozrywki.

Jakiś czas wcześniej, kiedy gazeta informowała o zakupie nowych autobusów dla MPK, oczywiście nie obeszło się bez narzekań. A to kolor zły, a to obicia w barwach miasta niepotrzebne, a to jeszcze coś tam. Kiedy ZTM zdecydował, że drzwi do autobusów będzie trzeba otwierać przyciskami (jak robi się w wielu miastach Polski i nie tylko), co da m. in. oszczędność ciepła w autobusach w zimie i „chłodu” w lecie, to co?… Oczywiście wielu się to nie podoba, bo „to obowiązek kierowcy”, bo „skąd mam wiedzieć, jakim guzikiem mam otwierać i kiedy?” i tak dalej.

Kiedy gazeta opisuje skończony remont dużego skrzyżowania, od razu pojawiają się „fachowcy”, którzy mówią: „tu brakuje rozbiegówki, tam pas jest za wąski, tutaj wyspeka za duża, co za dureń to projektował?” Ciekaw jestem, czy ci „fachowcy” zainteresowali się kiedykolwiek PLANAMI miasta na remonty i zaproponowali jakieś rozwiązania, które im wydają się sensowne. Pomijam już fakt, że skrzyżowanie dróg projektowali najpewniej inżynierowie, fachowcy, w oparciu o obowiązujące przepisy, a Internetowi „znawcy” zapewne są z wykształcenia teologami lub farmaceutami. Choć oczywiście rozumiem i zgadzam się, że czasem warto słuchać zwykłych użytkowników danych rozwiązań, by zrobić nowe rozwiązania takimi, aby były dla tych użytkowników przyjazne.

Miasto też to chyba wie. Wpada na pomysł uruchomienia specjalnej skrzynki e-mail do dialogu z mieszkańcami (dialog@lublin.eu). Ponoć urzędnicy przeczytają wszystko, co tam wpłynie, poinformują o tym odpowiednich kolegów, przekażą, sprawdzą, zajmą się, rozważą, rozpatrzą etc. Ale co robi obywatel miasta? Zamiast wysłać tam swój e-mail, komentuje w Internecie, że „Żuk (prezydent Lublina) uruchamia jakąś głupią skrzynkę, zamiast wziąć się do roboty i zmobilizować swoich urzędasów”, bo „gdyby ci nie parzyli kawy cały dzień, ale pracowali, to byłoby dobrze”. No jasne. Najlepiej oceniać coś, nie mając o tym najmniejszego pojęcia. Zgodzę się oczywiście, że zapewne w każdym urzędzie, czy każdym wydziale UM Lublin znajdą się źle, nieefektywnie, pracujący ludzie. Ale GDZIE TAKICH NIE MA? Czy ten, kto komentuje w ten sposób w Internecie, wykonuje swoją pracę sumiennie i rzetelnie? Wątpię. Więcej! NIE WIERZĘ, że jest „święty”. Ale wiadomo – belki u siebie nie, ale drzazgę u innych już widzimy ;)

Ale jak pisze się w prasie, że Straż Miejska będzie bardziej skrupulatnie podchodziła do obowiązków i srogo karała nieprzepisowo parkujących kierowców, to oczywiście podnosi się lament, że dlaczego, że z jakiej racji, że niech się lepiej zajmą czymś bardziej pożytecznym. Oczywiście jeden z drugim baran bez wyobraźni nie uświadamia sobie, że parkując np. na skrzyżowaniu czy przed przejściem dla pieszych może przyczynić się do groźnego wypadku. Nie mówię już o tym, że zupełnie nie rozumiem narzekania na wysokość mandatów, czy opłat za odholowanie źle zaparkowanych aut. Przecież wiadomo, że dotyczą one tylko tych, którzy na to zasługują.

Nie chce mi się przytaczać teraz większej liczby przykładów zbyt szczegółowo. W każdym razie nie podoba się, że:
- budują lotnisko (bo będzie głośno, bo wycięli las, bo po co nam lotnisko, bo wyrzucone pieniądze),
- robią trasę ekspresową (bo za wolno, bo objazdy, bo utrudnienia),
- zatrudniają nowych policjantów (bo za dużo, bo będą kolejni „uprzywilejowani”),
- robią infrastrukturę rowerową (bo „pół roku w Polsce się nie jeździ” /tymczasem jest połowa listopada, a ludzie jeżdżą w najlepsze. A ja widzę jeżdżących po mieście nawet w 30 centymetrowym śniegu./)
- remontują, budują, unowocześniają,
- nie remontują, nie budują, burzą,
- pytają mieszkańców o zdanie,
- nie pytają mieszkańców o zdanie,
- nie budują parkingów,
- budują parkingi nie tam gdzie by się tego chciało,
- chcą wprowadzać bus-pasy
- nie ma bus-pasów (komunikacja miejska jest wolna),
- […]
Można by wymieniać w nieskończoność. Zawsze jest źle. I nie da się nigdy dogodzić. Szczerze współczuję władzom miasta – prezydentom, którzy chcą coś robić, a słyszą tylko narzekania, czy radnym, którzy muszą wybierać przy głosowaniu nad budżetem, którą inwestycję zrealizować.

Nie wiem na pewno, ale domyślam się, że najwięcej narzekają ci, którzy płacą najmniejsze podatki, ukrywają dochody w szarej strefie i ci, którzy sami nigdy nie podejmują żadnych działań w kierunku stworzenia czegokolwiek dla społecznego dobra. A. I mocno mnie śmieszy, jak ludzie oburzają się, że władze np. „słuchają rowerzystów i współpracują z nimi, tworząc proponowane przez nich rozwiązania”. Skoro rowerzyści przychodzą do władz i proponują to, co dla nich dobre, to chyba świetnie, że władze przystają na te propozycje. Gdyby „samochodziarze” przyszli i powiedzieli, co by chcieli, pewnie byłoby podobnie. Rzecz w tym, że… nie przychodzą.

Kolejna rzecz, o której chciałem napisać, to krótka historyjka spod reala. Przyjechałem z żoną po jakąś drobną rzecz, której nie kupiliśmy w poprzednim sklepie. Zostałem w samochodzie. Dzwoniłem do znajomej, żeby potwierdzić godzinę wieczornego spotkania. Z samochodu widziałem, jak małżeństwo około 50 r. życia wyszło ze sklepu i zostawiło wózek sklepowy przy jego ścianie, jakieś 15 metrów od wiaty na te wózki. Zostawili i podeszli do swojego samochodu. Zauważyłem, że „pan” (bo obok pana to on nawet nie stał) ma na sobie „garnitur”, białą „koszulę” i krawat oraz „gustowną” skórzaną kurtkę. Żonie się nie przyjrzałem. Wyszedłem z samochodu, podszedłem do nich, poprosiłem znajomą, by chwilę poczekała na linii i pytam „pana”, dlaczego zostawił wózek pod ścianą, zamiast odprowadzić na miejsce. A on w odpowiedzi pyta mnie (bo nie uczono go pewnie, że pytaniem na pytanie się nie odpowiada), co mi to przeszkadza i czy ja te wózki sprzątam. Odpowiadam, że nie, ale że jest to zachowanie chamskie i nieładne. On – potwierdzając swoje podejście do ludzi – odwraca się do mnie plecami i chce wsiadać do samochodu. Ja – wkurzony i spieszący się, by powrócić do mojej rozmowy telefonicznej – dodaję tylko: „jesteś pan cham”, celowo stosując taką konstrukcję, czyli „nie na ty, ale jednak nie do końca na pan”. On odwraca się, plącze mu się język, oburza się, unosi, zawiesza się na chwilę, nie może złapać oddechu, czy coś i mówi coś, czego już nie pamiętam. Ja dodaję jeszcze: „i krawat nic tu nie zmienia”. On – jeszcze bardziej wkurzony – mówi do mnie (oczywiście na ty): „zaraz Ci pokażę chama, zaraz dam Ci chama”. Ja wtedy (przekonany, że już nie musi nic pokazywać, bo zrobił to przecież chwilę wcześniej, a jednocześnie wciąż w pośpiechu i lekko przez to rozkojarzony, nie zauważając od razu, że mówi do mnie na ty), odpowiadam: „proszę bardzo. Czekam, co pan zrobi”. On – bez jakichkolwiek już argumentów, bez pomysłu na dalszą rozmowę, wsiada do samochodu, parskając dziwnie pod nosem. Żona z nim. Ja wracam do rozmowy i swojego samochodu. Oni odjeżdżają, on rzuca mi jeszcze groźne spojrzenie :) Koszyk zostaje pod ścianą, za czas jakiś zabierają go przypadkowi klienci – starsi państwo. Fart, ale wcale nie usprawiedliwia to tych, którzy go zostawili „gdzie popadło”. „Państwo” mieli rejestrację lubelską. Nową, bardzo nową, ale lubelską. To jednak o NICZYM nie świadczy. Nie jest bowiem ważne, czy dopiero sprowadzili się z maleńkiej wsi gdzieś daleko od cywilizacji, czy urodzili się w mieście. Tak czy inaczej nie mają pojęcia o dobrych zasadach współżycia w społeczeństwie.

Codziennie tysiące ludzi ma „w poważaniu” innych. Codziennie zostawiają koszyki pod sklepem byle gdzie, parkują byle jak, jeżdżą niezgodnie z przepisami, wpychają się, zastawiają na parkingach etc. Wszyscy się tylko spieszą i mają wrażenie, że wszystko im się należy. Że oni są najważniejsi, że oni tylko mają rację i że wyłącznie ich potrzeby się liczą. Wszyscy są egoistami i wielkimi egocentrykami. Niby żyją w społeczeństwie, niby mają pracę i jakoś funkcjonują. Ale nie szanują innych ludzi. Gardzą nimi, często nieświadomie. Dlaczego nieświadomie? Bo w ich świadomości nawet nie pojawia się ktoś taki jak „drugi człowiek”. Oni tylko żądają, chcą, oczekują. Dla siebie. Od siebie nie dają nic. A jeśli już dają, to tylko to, co muszą (i to też bardzo niechętnie, psiocząc przy tym niejednokrotnie).

I myślicie, że dobrze to wróży temu miastu? Państwu? Kontynentowi? Światu? Ja myślę, że nie. Mamy roszczeniowych Greków, którzy brali co się dało, a nie dawali od siebie nic. Oszukiwali gdzie i jak się dało, a teraz są nagle niezadowoleni na swoje władze. Ale nie nauczymy się na ich błędach i swojego podejścia nie zmienimy. Gorzej. Pewnie nie nauczymy się też na swoich błędach. I narzekać oraz oczekiwać będziemy zawsze. Od innych oczywiście, no bo czemu niby mielibyśmy oczekiwać czegoś od siebie?

Miałem napisać jeszcze o paru rzeczach, ale to przełożę na inny termin. Chyba i tak już sporo nabazgrałem ;)
Za chwilę „długi weekend”. Czekam na kolejne narzekania.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,


lis 04 2011

Zdjęcia MindEx’a w CoR w Brukseli

Category: Uncategorizedmindex @ 18:28

Śmieszne. Ktoś w LROT stwierdził, że zrobią materiały promujące woj. lubelskie. I zrobili. Wykorzystali do tego zdjęcia. Część z nich pochodziła z konkursu, w którym nie brałem udziału, bo … chyba mi się nie chciało ;) Zresztą, w poprzedniej edycji, w której jednym z jurorów był Pan x, notabene bardzo dobry fotograf, wygrał chłopak, który należy do kółka fotograficznego Pana X. Nie było więc chyba sensu brać udziału, choć dla mnie bardziej od „lustrzanki” liczył się „prestiż”. I prestiż i lustrzanka raczej słabe :) Pozostała część zdjęć, a dokładnie 3 z 15, pochodziła z innego źródła. W zasadzie to… nie do końca potrafię ustalić, z jakiego. Wydaje mi się jednak, że udostępniłem kiedyś zdjęcia Gminie Sławatycze do jakichś celów, oczywiście za darmo i oczywiście do celów raczej określonych, w miarę ograniczonych, i to właśnie te zdjęcia LROT wykorzystał do przedmiotowej wystawy. A mianowicie: Gmina Sławatycze zgłaszała na jakiś konkurs w LROT jakiś tam produkt turystyczny i jako ilustrację tego produktu wykorzystała moje zdjęcia. LROT oczywiście zastrzegał sobie w regulaminie tego konkursu, w którym Gmina wtedy nic nie wygrała, że ze zgłoszonymi zdjęciami może sobie zrobić co zechce. I zrobił. No ale na szczęście wszystko dla naszego wspólnego dobra – promocji Lubelszczyzny. Jak by nie patrzeć, jest to coś dobrego. Bowiem nawet jeśli sam na tym nie skorzystam (a myślę, że – jak zechcę i się lekko przyłożę – mogę skorzystać), to skorzystają inni. Choćby moi znajomi. A nawet jak nieznajomi, to wciąż – będzie lepiej w naszym regionie. A ja ten region lubię.

Tak więc są sobie gdzieś zdjęcia. I te zdjęcia mają promować województwo lubelskie w Polsce i … na świecie. Z racji współpracy z Belgami na różnych płaszczyznach, zdjęcia te były już wystawiane, jak dobrze pamiętam, w budynku Rządu Flandrii Zachodniej. W Polsce można je było zobaczyć m. in. na 3 Nadbużańskim Rajdzie Rowerowym i na Otwarciu Szlaku Kajakowego Bug – Krzna, który to szlak niedawno został wybrany przez internautów TURYSTYCZNYM PRODUKTEM ROKU 2011 oraz otrzymał ZŁOTY MEDAL TARGÓW POZNAŃSKICH. Oznacza to, że zarówno internauci jak i „fachowcy” docenili starania wielu osób, które pracowały przy powstawaniu szlaku, a w tym starania Marka, który – nie będę ukrywał – nie raz z moją pomocą i wsparciem organizował jako PIERWSZY spływy kajakowe po Bugu w Sławatyczach i okolicach.

Ale mówiliśmy o zdjęciach. No właśnie. Więc te 15 zdjęć, obrazujące woj. lubelskie, jeździ sobie z jednego miejsca w drugie i prezentuje się różnym ludziom, reklamując nasz region. Teraz, kiedy trwa Prezydencja RP w UE, wypadało pokazać również LUBELSKIE w jakimś uczęszczanym przez różnych urzędników miejscu w Brukseli. Pokazano więc te zdjęcia w Komitecie Regionów, a dokładniej w Foyer przy sali, w której odbywają się posiedzenia i konferencje. Wystawa trwała od 24 października 2011 do 4 listopada 2011 (dzisiaj). Napisano o niej m. in. na stronie CoR’u i na stronie woj. lubelskiego. Wystawę zorganizowała Pani Marta Smulkowska, pracująca w Biurze woj. lubelskiego w Domu Polski Wschodniej w Brukseli, gdzie zresztą miałem kiedyś okazję gościć.

No i w końcu dochodzimy do SEDNA :) Mianowicie… Wśród 15 zdjęć, o których mowa, znajdują się trzy moje, które przekazałem kiedyś – jak pisałem na początku – Gminie Sławatycze. Wszystkie trzy zdjęcia zostały wykonane w Sławatyczach i okolicach. Jedno z nich pochodzi z samych Sławatycz i zostało wykonane nad Bugiem, dosłownie kilka kroków od naszego letniego domu, w czasie spływu organizowanego dla Belgów w ramach programu Boot2Lubelskie, w którym miałem – trochę nieoficjalnie – przyjemność uczestniczyć (mowa o programie, nie spływie, bowiem wtedy nie płynąłem kajakiem, a jedynie zrobiłem kilka zdjęć, a później wpadłem na popołudniową imprezę do Kodnia :>). Kolejne zdjęcie pochodzi z jednego z „dawnych” spływów. Nie pamiętam teraz, z którego. Zrobiłem je podczas postoju, nie pamiętam kiedy i nie pamiętam gdzie :) Trzecie natomiast pochodzi z imprezy turystyczno-rekreacyjnej MOJEGO pomysłu i mojego „przygotowania”, a mianowicie II NADBUŻAŃSKIEGO RAJDU ROWEROWEGO.

Gdybyście mieli jakiekolwiek wątpliwości, wyjaśniam zawczasu, że zdjęcia oczywiście nie są podpisane imionami i nazwiskami autorów :) Tak „po naszemu” (sam nie wiem, czy po polsku, lubelsku, czy wschodniemu). Poniżej zdjęcia „wycięte” z pliku PDF, który służył do ich wydrukowania (chyba) i zdjęcia samej wystawy, zrobione przez Martę w dniu jej powieszenia.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,


paź 17 2011

dobry rozkład sił

Category: Uncategorizedmindex @ 12:12

w czasie weekendu. sobota – przyrodniczo-aktywna, niedziela – socjalno-sklepowa
to tak tytułem teaser’a. wpis na ten temat pojawi się wkrótce. a po nim – mam nadzieję – kolejne wpisy. i zdjęcia! :)


paź 05 2011

Nie jestem cham

Category: Uncategorizedmindex @ 14:14

Jakiś czas temu producent „mojego” zapachu, którego ostatni flakon skończył mi się jakoś ponad rok temu (albo dwa lata, nie pamiętam dokładnie), zakończył produkcję tych perfum. Zauważyłem ten fakt, kiedy w dwóch czy trzech perfumeriach nie znalazłem tego zapachu. Biorąc pod uwagę fakt, że używałem go przez jakieś 10 lat (mając w międzyczasie oczywiście sporo innych, równoległych, ale najbardziej lubiąc właśnie ten), wiadomość o zaprzestaniu jego produkcji (potwierdzona brakiem informacji o nim na stronie producenta) była dla mnie niemal „druzgocącą”.

Niedawno, w chwili zamyślenia i nostalgii, zatęskniłem po raz któryś już za tym zapachem. Wtem, nagle, przypomniałem sobie, że w Internecie można przecież ponoć znaleźć wszystko. Zajrzałem więc na Allegro. I co się okazało? Że co najmniej dwóch sprzedawców ma jeszcze ten zapach w sprzedaży. Niektórzy sprzedają jakieś „miniatury” (5 ml), inni „normalne” opakowania, 125 ml. Ceny? Niespecjalnie zaniżone. Takie, jak kiedyś w perfumeriach stacjonarnych. „Perfumeria”, która na Allegro sprzedaje ten zapach, chwali się, że wszystko u nich jest 100% oryginalne (tak, jakby mogło być oryginalne np. tylko w 40%) i pochodzi z legalnego źródła. Ciekaw jestem, co to za legalne źródło, jeśli nigdzie nie można już dostać danego zapachu. Ale… perfumeria mówi też, że ma dobre ceny (co w tym przypadku jest ściemą, bo 330 PLN to nie łaska za ten zapach), ponieważ sama importuje towar (z Chin zapewne) i ma niskie koszta utrzymania (wiadomo. stodoła w odziedziczonym po babci siedlisku na Mazurach to wyjątkowo tani magazyn :>).

Sam nigdy nie kupowałem perfum w Internecie. Pytam więc koleżanki, czy tak robiła. Mówi, że tak i nie poleca, bo jakość jest słaba. Dołuję się tym, bo to oznacza, że nie zaufam wspomnianej „perfumerii” z Allegro i nie kupię u nich swojego ulubionego psikacza. Jednocześnie zastanawiam się, jak to możliwe, że oni mają ponad 5600 pozytywnych komentarzy i jedynie kilka negatywów, z których może jeden mówi o tym, że jakość produktu była niska. Czy w takich „perfumeriach” kupuje tylko polska wieś, tylko ludzie, którzy nigdy wcześniej nie kupili perfum w żadnej stacjonarnej perfumerii? Koleżanka podpowiada, że ludzie kupują tańsze (bo ponoć niektóre są 2 razy tańsze na Allegro niż w sklepach stacjonarnych) perfumy, bo „jest bieda”. Od razu zastanawiam się więc, PO JAKĄ CHOLERĘ oni w ogóle to kupują. Jak mnie na coś nie stać, to tego nie kupuję. No tak, ale zapomniałem przecież, że są ludzie, którzy doczepiają sobie spojlery do Łady Samary czy upodabniają Calibrę do Ferrari i wydaje im się, że to jest fajne. Ci sami ludzie kupują dresy z 4 paskami, bo to prawie tak jak te z 3.

Pamiętam jak dziś. Jechałem z rowerem na dachu do Białej Podlaskiej. Żeby nie tłuc się w dużym ruchu, wybrałem drogę przez Parczew. W Parczewie jest stacja benzynowa „ORION”, która kolorystyką i czcionką oraz kształtem logo do złudzenia przypomina znaną markę „ORLEN”. Jadąc nocą można się pomylić. Będąc daleko jesteśmy wręcz pewni, że to ORLEN. A jak już wjedziemy i okaże się, że to podróbka, a nie wiemy, że oryginalny ORLEN jest kilkaset metrów dalej, za skrzyżowaniem, to może nawet zatankujemy. Właściciel to pewnie wiedział i wykorzystał. Mnie ta stacja od zawsze śmieszyła, zadziwiała i wkurzała jednocześnie. Nie lubię takich bezczelnych numerów. Jadę więc. Jestem kilkanaście km od Parczewa i jakaś para łapie stopa. Zatrzymuję się, zabieram. Jadą do Parczewa. Rozmawiamy. Schodzimy na temat wspomnianej stacji. Ja mówię o swoich odczuciach, a chłopak mi mówi, że to właśnie DOBRZE, że jest podobna do Orlenu i że on nie widzi w tym nic złego. Para ta, wbrew pozorom, nie wracała z wykopów w okolicznej wiosce, ale z Lublina, gdzie ponoć oboje studiowali. Jakieś pytania?

Tak więc, żeby było w temacie wpisu, wielu jest ludzi, którzy chcą pokazać, że coś więcej znaczą, że są kimś więcej niż w rzeczywistości. W tym celu nabywają różne artefakty, którymi dodają sobie „wartości”. Niestety, nie zawsze stać ich na oryginały, więc kupują taniej. I dzięki temu tych, co sprzedają im taniej, stać na oryginały. Dla siebie!

A w ogóle to mam wszystkich w dupie dzisiaj. I mam ochotę zrobić coś dla siebie.

Tagi: , , , , , ,


wrz 09 2011

Kulturalnie i klimatycznie … nad Bugiem.

Category: Uncategorizedmindex @ 09:14

Bo gdzieżby indziej, prawda? ;)

Od 13 do 28 sierpnia byliśmy na urlopie. pierwszą jego część spędziliśmy pedałując nad morzem, trochę na lądzie stałym, trochę na wyspach. Kolejną część postanowiliśmy poświęcić na … odpoczynek po urlopie. I co robiliśmy? Pedałowaliśmy nad Bugiem ;) No dobra, nie tylko. Odpoczywaliśmy też w dosłownym znaczeniu. Mianowicie spaliśmy długo, siedzieliśmy z kawą w słońcu, leniwie przeglądając strony gazet i czasopism i spoglądając od czasu do czasu na płynący cicho, nieopodal, Bug. Chyba nawet znaleźliśmy czas na spacer. A jak nie, to … jeszcze znajdziemy (nie pamiętam zbyt dokładnie, co robiliśmy dzień po dniu ;>). Był czas na wypicie piwka w plenerze, frisbee w Białym Jeziorze, nad którym pod koniec „sezonu” nie było już tak wielu letników, i czas na wiele różnych rzeczy.

Pod koniec naszego urlopu, w sobotę, 27 sierpnia, byliśmy zaproszeni na niezwykłe – jak dla mnie (ale pewnie nie tylko dla mnie) – wydarzenie. Był to koncert o tytule „Kulturalne Uprawy Tarasowe”, który miał odbyć się w nietypowym dość – jak na takie wydarzenia – miejscu. Jak zdradza już sama nazwa wydarzenia, koncert odbywał się na tarasie. A gdzie dokładniej? No właśnie – nad Bugiem. Stosunkowo niedaleko od Sławatycz, w niewielkiej, spokojnej i cichej, położonej w przepięknych okolicach, wsi Sobibór. W sąsiedztwie spokojnie, wolno płynącej rzeki – Bugu i nieopodal rozległych lasów sobiborskich, kryjących w sobie wiele terenów podmokłych (bagiennych), jezior i oczywiście wyjątkowo bogatej fauny i flory. Teren, na którym koncert się odbywał, jest idealny dla turystów pieszych, rowerzystów, amatorów wędkarstwa, grzybobrania i wszystkich, którzy lubią spokój, ciszę i bezpośrednie sąsiedztwo przyrody. Nie jest to jednak teren znany z organizacji takich wydarzeń. Najbliższym miejscem, gdzie można trafić na jakiekolwiek koncerty, jest – zdaje się – Włodawa, liczące piętnaście tysięcy mieszkańców miasteczko, które – całkiem słusznie – mieni się „miastem trzech kultur”. Ale nie będę już zachwalał wschodnich rubieży naszego kraju, bowiem nie raz jeszcze znajdę chwilę na to, by je opisać. Poza tym, kto nie był, powinien zdecydowanie i bezsprzecznie wybrać się tam. Nadmienię tylko, że w nadchodzący wielkimi krokami weekend nadarza się świetna okazja, bowiem we Włodawie rozpoczyna się jutro Festiwal Trzech Kultur. My się wybieramy przynajmniej na część jednego dnia tego wydarzenia.

Tak więc nietypowy koncert, w nietypowym miejscu, zapowiadał się całkiem ciekawie. Gdzie zlokalizowany był taras, na którym mieli występować artyści? Przy domu, a jakże. Ale nie przy zwykłym domu. Wszystko odbyło się w SIEDLISKU SOBIBÓR, pięknym miejscu, z urzekającym już od pierwszych sekund klimatem, zlokalizowanym we wspomnianej wsi – Sobiborze. Jednocześnie blisko Lublina, drogi wojewódzkiej łączącej Chełm i Białą Podlaską (przez Włodawę), nade wszystko blisko Włodawy i jeziora Białego, gdzie co roku przyjeżdżają dziesiątki tysięcy turystów, ale na tyle daleko od zgiełku, cywilizacji i dużych skupisk ludzkich, aby czuć się tam tak, jakby czas zatrzymał się w okresie, w którym będący głównym obiektem siedliska dom powstał. Więcej informacji o samym siedlisku znajdziecie na stronie internetowej tego niezwykłego miejsca. Ja powiem tylko, że gdybym nie miał możliwości spędzania weekendów i urlopów nad Bugiem u siebie, zdecydowanie wybrałbym właśnie takie miejsce. A biorąc pod uwagę fakt, że miejsc z TAKIM KLIMATEM, tak dopracowanych i dopieszczonych, tak wymuskanych i budowanych z pasją i sercem, nie tyle jest mało, co chyba po prostu nie ma (przynajmniej nie znam takich w bliskiej okolicy), to pewnie po prostu wybrałbym WŁAŚNIE TO MIEJSCE :)

Koncert, na który udaliśmy się w sobotni wieczór, był adresowany głównie do … mieszkańców wsi Sobibór. Moim zdaniem to kolejna dość niezwykła sytuacja dotycząca takich miejsc. Zwykle bowiem, jeśli jedziemy gdzieś na wypoczynek „pod gruszą”, to spotykamy się z gospodarstwem agroturystycznym, w którym gospodarz po prostu wynajmuje nam pokoje w swoim domu i niejednokrotnie spotykamy na podwórzu zwierzęta gospodarskie lub maszyny rolnicze, ale gospodarz ten zna wszystkich mieszkańców wioski, w której prowadzi swój biznes, bo po prostu stamtąd pochodzi. Możemy również wybrać się do pensjonatu, domu gościnnego, hoteliku lub innego przybytku tego typu, którego właścicielem jest „przedsiębiorca” nie pochodzący z terenów, które odwiedzamy, ale po prostu widzący w tym dobry biznes. Tutaj – w Siedlisku Sobibór – prawdziwa nie jest żadna z powyższych wersji. Jest – po raz kolejny – wyjątkowo i dzięki temu – wierzcie mi – lepiej niż gdzie indziej. Właścicielka Siedliska, choć nie pochodzi z tych okolic, żyje z ich rdzennymi mieszkańcami w dobrych stosunkach. Przypuszczam, że to właśnie te dobre stosunki, a także chęć budowania dalszych, dobrych, relacji ze społecznością Sobiboru zadecydowały o organizacji wydarzenia, o którym piszę.

Oczywiście na koncert, poza ludźmi z Sobiboru, zaproszeni byli różni znajomi Właścicielki Siedliska. My mieliśmy to szczęście, że znajdujemy się w grupie tych znajomych ;) Czytając zaproszenie i wiedząc, jak profesjonalnie organizatorka wydarzenia podchodzi do wszystkiego, czym się zajmuje, od razu wiedzieliśmy, że chcemy to zobaczyć.

Pokonaliśmy więc w sobotę wszelkie przeciwności losu, myjąc się po ok. 40 kilometrowej wycieczce rowerowej w pełnym słońcu w zimnej w zasadzie wodzie (wyłączono prąd, a grzanie wody wymaga właśnie prądu) i prasując ubrania w 30 sekund (kiedy już prąd włączyli) i pojechaliśmy. Już w momencie, kiedy jechaliśmy z Włodawy do Sobiboru, zaskoczył nas dość spory na tej – zwykle rzadko uczęszczanej – drodze ruch kołowy. Jak się okazało, większość aut jechała tam, gdzie my. Po wjeździe do wioski zobaczyliśmy kolejną nietypową sytuację. O tej – dość późnej jak na taką miejscowość – porze drogą przez wieś szło sporo ludzi. Jak się później okazało, wszyscy podążali tam gdzie my. Na sąsiadującej z Siedliskiem działce zorganizowano parking. Odpowiednia osoba kierowała przybywających kierowców na ten parking, którego granicę wyznaczała rozwinięta taśma. Super – wszystko przemyślane i dobrze dopracowane. Minusy? Samochodów było tak wiele, że nam jeszcze się udało zaparkować na „parkingu”, ale wiele osób po nas musiało już stawiać auta wzdłuż drogi. Kolejną rzeczą, która powaliła nas poprzez wywarcie bardzo pozytywnego wrażenia, poza faktem, że Właścicielka, jak na Gospodarza wydarzenia (i miejsca) przystało, osobiście witała gości przy wejściu, były: organizacja miejsc do siedzenia dla widowni, aranżacja przestrzeni wokół sceny, koncepcja samej sceny oraz oczywiście nagłośnienie i oświetlenie. Oświetlona była nie tylko scena, ale też drzewa przy domu. Nad poprawnością oświetlenia i nagłośnienia czuwali cały czas profesjonaliści w specjalnym namiocie, obstawieni wysokiej klasy sprzętem. Po chwili zauważyliśmy, że na miejscu są już artyści. Siedzieli na tarasie domu, przy dużym drewnianym stole zastawionym ich talerzami i szklankami, ale również pełnym świec. Później, kiedy usiedliśmy, swoją obecność zaznaczyły niezwykle aktywne tego lata komary ;) Szybko wzięliśmy więc przykład z co bardziej doświadczonych w tej materii i już po kilku minutach używaliśmy do odganiania tych podłych kreatur gałązek urwanych z jakiegoś niedaleko i dziko rosnącego drzewa. Po pewnym czasie oczekiwania na ostatnich gości, na których organizatorzy specjalnie czekali, rozpoczął się koncert.

Wydarzenie otworzyła piosenka Skaldów „Od wschodu do zachodu słońca”. Później artyści zaproszeni na koncert kolejno wstawali od stołu i podchodzili do mikrofonów, by odśpiewać, zagrać lub wyrecytować (przeczytać) swoje kwestie. Śpiewano po czesku, wietnamsku i oczywiście po polsku, solo i w duecie. W przerwach między utworami śpiewanymi rozśmieszano nas poezją Ks. Twardowskiego. Nie wiedzieliśmy nawet „kiedy ten czas tak zleciał”, a tu już po raz drugi tego wieczoru usłyszeliśmy wspomniany wyżej utwór Skaldów. Wiedzieliśmy od razu, że to – niestety – już koniec tego wydarzenia. Jeszcze tylko króciutki bis, kwiaty i … zapadła cisza w głośnikach. Po krótkiej rozmowie z Właścicielką Siedliska udaliśmy się na zasłużony po tym dniu spoczynek, który był nam potrzebny, bo w niedzielę czekały na nas kolejne atrakcje.

W koncercie udział wzięli: Jacek Bończyk, Wojciech Chołaściński, Grzegorz Falkowski, Anna Gajewska, Ewa Tucholska – Jaszczak, Krzysztof Jaszczak, Jacek Król, Łukasz Nowicki, Jacek Onaszkiewicz, Agnieszka Paszkowska, Janek Paszkowski, Wojciech Paszkowski, Waldemar Zybała. Reżyserem tego niezwykłego koncertu był Wojciech Paszkowski, a za jego oświetlenie i nagłośnienie odpowiedzialni byli: Jarek Rudnicki i Błażej Kalinowski.

Wydarzenie było wspaniałe, ciekawe, powalające, pełne humoru i pozytywnych emocji, baaardzo klimatyczne, dopracowane w każdym calu, może tylko odrobinę za krótkie. Choć należy zauważyć, że w dobrym nastroju i towarzystwie, kiedy dzieje się coś ciekawego, czas mija zwykle bardzo szybko. Tak stało się i tym razem.

Choć w czasie koncertu chciałem skupiać się tylko na słuchaniu, nie mogłem powstrzymać się od zrobienia kilku zdjęć. Dzięki temu teraz mogę wracać do tych obrazów i pokazać choć odrobinę tego klimatu Wam ;)

Zdjęcia z koncertu w Sobiborze ZNAJDUJĄ SIĘ TUTAJ.

Ewie wielkie dzięki za zaproszenie nas na tę imprezę oraz za pomysł na jej organizację. Wymienionym wyżej artystom należy się duży szacunek i uznanie za chęć uczestniczenia w koncercie tego typu, za występ na deskach tarasu zamiast na deskach teatru i za stworzenie naprawdę świetnego przedstawienia.

Po zakończeniu koncertu, jak już pisałem, od razu wróciliśmy do domu. Jeszcze nigdy nie widziałem na DW 816, szczególnie na tym odcinku, wieczorową porą, takiego dużego ruchu samochodów ;) W Sobiborze stworzył się mini korek, a później, aż do Włodawy, jechaliśmy w sznurze aut. Tam goście rozjechali się – każdy w swoją stronę. My pojechaliśmy w tę najmniej popularną, najspokojniejszą ;)

Podobno opisywany koncert jest nie „jedynym”, ale po prostu „pierwszym” i podobno ma doczekać się kolejnych edycji, zapewne w kolejnych latach. Liczę, że nic się w tym temacie nie zmieni i że za rok, czy może nawet wcześniej, będzie nam dane uczestniczyć w kolejnej edycji „Kulturalnych Upraw Tarasowych”.

Aaa. Utwór Skaldów „Od wschodu do zachodu słońca”, w ich oryginalnym wykonaniu z 1970 r., można znaleźć na YouTube. Jak dla mnie wykonanie artystów występujących w Sobiborze było ciekawsze, żywsze i o wiele przyjemniejsze w odbiorze.

Więcej o urlopie jeszcze zechcę napisać. Pytanie tylko: „Kiedy?” :) zobaczymy. Wy tymczasem zobaczcie zdjęcia z koncertu (link wyżej).

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,


sie 09 2011

Jednak dzieje się.

Category: Uncategorizedmindex @ 20:36

Lublin pretendował do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Nie udało się. W zasadzie to chyba nie mieliśmy szans choćby z wygranym Wrocławiem. Może to i dobrze, że nie okazaliśmy się prawdziwym „czarnym koniem” tego wyścigu, bowiem mogłoby się później okazać, że władze osiadłyby na laurach i spartoliły to i owo i byłoby to, co znamy dość dobrze z różnych wcześniejszych działań władz Lublina – wstyd. Tak więc nie wygraliśmy, ale i tak było nieźle, bowiem „pobiliśmy” kilka miast od naszego większych i – zdawałoby się – bardziej rozwiniętych w wielu dziedzinach.

Pamiętam, że jeszcze niedawno, za Prezydenta Wasilewskiego (uuuu, słaby był jako Prezydent), nie wierzyłem w jakiekolwiek szanse Lublina w konkursie ESK 2016. Później moja wiara zaczęła rosnąć. Rosła i rosła, aż – nieco bliżej ogłoszenia decyzji – miałem w sobie nawet jakąś małą nadzieję na wygraną. Wierzyłem coraz bardziej, bowiem śledziłem (acz niezbyt uważnie) kalendarz imprez kulturalnych w mieście. I tak jak nie znam się za mocno na tych imprezach i nie potrafię profesjonalnie ocenić ich rangi i porównywać ich do imprez w wielu innych miastach, tak wiedziałem jedno – ciągle się coś w Lublinie działo. Po ogłoszeniu decyzji (która – przypomnę – nie była dla nas pozytywna) dowiedzieliśmy się, że pomimo nie wybrania Lublina na ESK2016 miasto nadal będzie realizowało założony program. I…okazało się, że Władze miasta słowa dotrzymują (przynajmniej na razie).

W Lublinie się coś DZIEJE. Co chwilę jakieś imprezy. Dzisiaj, będąc w przededniu Jarmarku Jagiellońskiego (na którym nie będzie mi dane być, bowiem wolę jednak urlop poza miejscem zamieszkania :>), chcę napisać słówko o wycinku, ułamku wręcz, jednej z nich.

28 lipca, we czwartek, wyszedłem na rower. miałem jeździć z ludźmi, ale nie pojawił się żaden chętny. nie załamało mnie to zbytnio, tylko umówiłem się szybko z Anią na Starym Mieście i – korzystając z faktu, że byłem na szosie – pomknąłem w tamtą stronę z prędkością bliską osiąganej przez samoloty Concorde, kiedy jeszcze latały nad naszymi głowami ;) Po chwili byłem na miejscu, a dokładnie na Placu Zamkowym. Tam niestety nie zdążyłem już ustrzelić pierwszego – świetnego – pokazu w ramach Carnavalu Sztukmistrzów 2011 (bo o tej imprezie chcę powiedzieć), bo skończyli przedstawienie, zanim wyjąłem aparat, ale na dowód mojej obecności w tym miejscu i czasie mam zdjęcie publiczności zgromadzonej na schodach do Zamku :)

Carnaval Sztukmistrzów Lublin 2011 (fot. K. Bielak)

Tuż po tym, jak zrobiłem to zdjęcie, rozpoczęła się Parada Kuglarska, w której pierwszej (i chyba najciekawszej) części nie udało mi się wziąć udziału, ponieważ rower trochę przeszkadzał mi w przeciskaniu się przez tłum wchodzący po schodach do Bramy Grodzkiej. Poszliśmy więc pod Ratusz, by tam zaczekać na Paradę. Poszliśmy ul. Kowalską, podobnie zresztą jak inni ludzie:

ul. Kowalska w Lublinie (fot. K. Bielak)

Kiedy znaleźliśmy się pod Ratuszem, okazało się, że tam coś się już dzieje. Między innymi można było zobaczyć ludzi chodzących po linie nad Krak. Przedmieściem:

Spacer po linie w Lublinie - Carnaval Sztukmistrzów 2011 (fot. K. Bielak)

Poczekaliśmy chwilę i zaczęły nadchodzić tłumy, których ruch na przejściu na Pl. Łokietka wstrzymał ruch samochodów :)

Pl. Łokietka w Lublinie - Carnaval Sztukmistrzów 2011 (fot. K. Bielak)

Stojąc przy Ratuszu dowiedzieliśmy się też, że w zasadzie tuż po zakończeniu Carnavalu rozpocznie się kolejna ciekawa impreza:

Lubelski Festiwal Graffiti - Plakat (fot. K. Bielak)

Po chwili spotkaliśmy znajomych, którzy powiedzieli nam, że kuglarze uczestniczący w Paradzie zostali na Starym Mieście. Jednak moment później Prezydent przekazał Sztukmistrzom klucze do miasta i parada ruszyła dalej.

Parada Sztukmistrzów w Lublinie 2011 (fot. K. Bielak)Jak widać, były niezłe tłumy. Facet na szczudłach minął mnie i poszedł w stronę Pl. Litewskiego. Swoją drogą… on musi mieć fajny punkt widzenia ;)

Parada Sztukmistrzów w Lublinie 2011 (fot. K. Bielak)

Ja szedłem z rowerem, który lekko mi przeszkadzał w przeciskaniu się przez tłum. Nie byłem jednak w tym osamotniony. Widziałem jeszcze kilka osób z rowerami. Oto ja:

Mindex z szosą (fot. A. Bielak)

Na Placu Litewskim, po krótkich przygotowaniach, rozpoczął się show Bängditos, którzy może nie był porywający, ale dość ciekawy i momentami śmieszny.

Bängditos w ramach Carnavalu Sztukmistrzów (fot. K. Bielak)

Bängditos w ramach Carnavalu Sztukmistrzów (fot. K. Bielak)Bängditos w ramach Carnavalu Sztukmistrzów (fot. K. Bielak)

Po tym pokazie musieliśmy niestety iść już do domu, bo trochę się nam spieszyło. Mimo, że nie widzieliśmy praktycznie niemal całości parady i występu otwierającego, to i tak jestem zadowolony ze swojej krótkiej obecności tego dnia w centrum miasta. Klimat był baaardzo pozytywny.

Następnego dnia (w piątek, 29 lipca), pojechaliśmy na Masę Krytyczną. Po przejażdżce w ramach Masy stwierdziliśmy, że wykorzystamy piątkowy wieczór na trochę leniwego siedzenia w knajpie. Zasiedliśmy na zwróconych w stronę Rynku Starego Miasta i Trybunału krzesełkach i zamówiliśmy piwo i kanapki na dobry początek. Siedzieliśmy i obserwowaliśmy chodzących po linie akrobatów (bo tak chyba można ich nazwać). A ich spacery wyglądały tak:

Spacer po linie nad Starym Miastem w Lublinie (fot. K. Bielak)

W lekkim przybliżeniu tak:

Spacer po linie nad Starym Miastem w Lublinie (fot. K. Bielak)

I w nieco większym tak:

Spacer po linie nad Starym Miastem w Lublinie (fot. K. Bielak)

Przyznaję, że nie przeszedłbym pewnie ani metra. Ale wiadomo – to nie byli przypadkowi ludzie ;)

Na rynku siedziało się bardzo przyjemnie. Dopóki chłopcy i dziewczęta spacerowali po linie nad naszymi głowami, rynek był wręcz zapełniony. Co chwilę rozlegały się głośne brawa lub okrzyki dopingu dla akrobatów. Po zmroku jednak spacery się skończyły. Wtedy pomyślałem, że rynek opustoszeje. Nic takiego się jednak nie stało. Ludzie nadal siedzieli w knajpach, stali w okolicy Trybunału i chodzili we wszystkie możliwe strony. Na poniższych zdjęciach nie będzie tego dobrze widać, bowiem naświetlałem je po kilka-kilkanaście sekund. Widać natomiast, że posiedzieliśmy do końca tzw. Blue Hour i poszliśmy do domu ;)

Stare miasto w Lublinie (fot. K. Bielak)

Stare miasto w Lublinie (fot. K. Bielak)

Stare miasto w Lublinie (fot. K. Bielak)

Stare miasto w Lublinie (fot. K. Bielak)

Stare miasto w Lublinie (fot. K. Bielak)

Stare miasto w Lublinie (fot. K. Bielak)

Po wykonaniu tej fotki poszliśmy sobie już do domu (jak pisałem wyżej), żałując, że w sobotę i niedzielę czekają nas aktywności związane z „rodzinną imprezą”, które nie pozwoliły nam na udział w jakichkolwiek dalszych imprezach w ramach Carnavalu Sztukmistrzów 2011.

A jak ktoś chce wiedzieć więcej o tym, co się w Lublinie działo, dzieje lub działo będzie w najbliższym czasie, niech poszuka w Internecie :)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , ,


Następna strona »