sty 17 2013

książki

Category: Uncategorizedmindex @ 14:44

lubicie czytać książki? ja…. znam takich, co lubią ;)

od wczesnego dzieciństwa zawsze towarzyszyły mi książki. jako dziecko dostawałem książeczki „poczytaj mi mamo, poczytaj mi tato” i inne dla dzieci, nieco później miałem m. in. Biblię dla dzieci, z obrazkami. poza własnymi książkami, zawsze w domu obserwowałem setki książek moich rodziców. mama pracowała w bibliotece wojewódzkiej, przez co czasem miała możliwość odkupienia lub otrzymania za darmo różnych książek, z czego z chęcią korzystała. do tego rodzice mieli w zwyczaju obdarowywać się książkami, czy też kupować je ot tak, po prostu. wydaje mi się, że nowe wydawnictwa pojawiały się u mnie w domu częściej niż raz na miesiąc, w liczbach z reguły większych niż 1 sztuka za jednym razem. w małym mieszkaniu książki przestawały się mieścić, choć zajmowały wszystkie regały w salonie, ale i pawlacze, jakieś szafki w przedpokoju, specjalnie przygotowaną półkę sięgającą od podłogi do sufitu. w związku z tym część z nich musiała znaleźć miejsce w moim pokoju. były to głównie książki dziecięce, młodzieżowe, literatura przygodowa. jednak z biegiem czasu zaczęły się u mnie pojawiać zarówno wielkie dzieła wybitnych polskich pisarzy i poetów, jak i książki tematyczne, czasem literatura fachowa.

można się więc spodziewać, że nie robiłem nic, tylko czytałem, czytałem i czytałem. otóż nie koniecznie. choć u mnie w domu nader częstym widokiem był obrazek, na którym mama i ojciec siedzą w swoich fotelach i każde jest zagłębione w lekturze swojej książki, to mnie to jakoś specjalnie nie porywało. oczywiście zdarzyło mi się przeczytać kilka pozycji Karola May’a, czy coś z Marka Twaina czy J. Verne’a, ale nie było to moją pasją. miałem w życiu krótki epizod, w którym zachwyciłem się twórczością Alistair’a MacLean’a. przeczytałem wtedy wszystkie jego książki, jakie były w Polsce dostępne. a zaczęło się od jednej, którą rodzice wywieźli na wieś, do domu Dziadków i tam stała w biblioteczce z przeszklonymi drzwiami. kiedyś, w wakacje, padał deszcz i się nudziłem. wyjąłem więc tę książkę i mnie wchłonęła. świetna lektura dla nastolatka.

później przyszły czasy, kiedy – na studiach – zadawano mi różne lektury. i miałem na przykład, w ciągu semestru, z jednego przedmiotu, przeczytać 12 różnych pozycji. nie udawało się to nigdy, ale „parę” książek w tym czasie zaliczyłem.

obecnie jestem na etapie, na którym przeczytanie jednej książki potrafi zająć mi nawet kilka miesięcy. nie oznacza to jednak, że nie przeczytam książki w „chwilę”. rok temu całą książkę pochłonąłem w czasie podróży pociągiem z Lublina do Sosnowca. ostatnią książkę czytałem chyba ze dwa miesiące, a później, kiedy zachorowałem i musiałem spędzić weekend w domu, dokończyłem ją w dwa wieczory.

i wiecie co? lubię czytanie. naprawdę. tylko nie jest ono moją pasją, nie odpływam w świat danej książki na tyle, by się od tego uzależniać i chcieć więcej i więcej. mam tak tylko czasem, ale jak odłożę przeczytaną pozycję, to nie czuję głodu nakazującego mi sięgnąć po kolejną. dobrze to, czy źle? nie mam pojęcia.

nie jestem więc zapalonym „czytaczem”, ale – wyobraźcie sobie – w mojej głowie wielokrotnie pojawiała się myśl, by książkę… NAPISAĆ. Tak! Kiedy miałem kilkanaście lat, nawet zacząłem to robić. Rękopis początku mojej pierwszej książki mam po dziś dzień (choć leży w piwnicy). pamiętam, że wtedy w TV oglądałem z przyjemnością MacGyver’a. jednocześnie byłem zafascynowany Sławatyczami – miejscem, w którym klimat zawsze mi odpowiadał. pewnego zimowego wieczoru, kiedy temperatura na dworze sięgała 20 kreski poniżej zera, a leżący na nadbużańskich łąkach śnieg w ogromnych ilościach, po którym chodziło się trudno, acz niezwykle przyjemnie, oświetlało światło księżyca uśmiechającego się do mnie z bezchmurnego nieba, coś mnie natchnęło. doszedłem do wniosku, że zacznę pisać książkę przygodową, w której głównymi bohaterami będziemy… ja i MacGyver, a akcja będzie działa się częściowo na terenie Sławatycz i okolic, a częściowo na terenie ościennych krajów. zacząłem i… po jakimś czasie zostawiłem to zadanie. nie pamiętam, czy przestało mi się to podobać, czy miałem ciekawsze zajęcia, czy też może po prostu nie miałem czasu lub ochoty.

Po tym czasie jeszcze wielokrotnie, z reguły przelotnie, chwilami, bez głębszego zastanowienia, myślałem o tym, by napisać coś dłuższego niż artykuł na niszowego bloga, którego piszę tak naprawdę dla siebie. na studiach miałem okazję wydać swój tekst drukiem. stało się to za sprawą pewnego wykładowcy, który stwierdził, że studenci powinni napisać książkę, pod jego redakcją oczywiście. każdy dostał temat (na 90 studentów było 30 tematów) i musiał napisać coś o tym, co mu przypisano. zdeklasowałem dwóch innych piszących na mój temat i mój tekst ukazał się w książce. miałem nawet gdzieś jej egzemplarz autorski, ale chyba komuś pożyczyłem i już do mnie nie wrócił. :)

teraz myśl o książce znów do mnie wróciła. miałem nawet pomysł, o czym mogłaby traktować. ale wiecie co? słucham radia, czytam prasę (w Internecie), od czasu do czasu obejrzę telewizję i wszędzie słyszę i widzę, że… pisanie książek jest teraz w modzie. a z drugiej strony słyszę ciągle, że Polacy czytają coraz mniej. jakiś ogromny odsetek moich rodaków podobno nie czyta nawet jednej książki rocznie, przy czym trzeba zauważyć, że statystyczne – dajmy na to 1,5 książki rocznie na osobę biorą się z tego, że niektórzy czytają po 3 pozycje tygodniowo. okazuje się, że dzisiaj… WIĘCEJ LUDZI PISZE NIŻ CZYTA. okazuje się, że książkę może napisać dosłownie KAŻDY GŁUPI. pisanie książek stało się takie… mainstreamowe, żeby nie powiedzieć, że wręcz rynsztokowe. jeśli książkę pisze jakiś piosenkarz, „aktorka”, która jest znana z tego, że jest znana, Kinga Rusin, Ilona Felicjańska, Krzysztof Ibisz, jakiś bloger, czy inni CELEBRYCI to… odechciewa się pisać swoją. konkurencja jest zwyczajnie zbyt wielka ;)

więc – na razie – odechciało mi się. jeśli dożyję sędziwego wieku, w którym będę miał czasu więcej niż zajęć, to wtedy może coś naskrobię. na razie będę się produkował tutaj. ;)

Tagi: , , , , , , , , , , ,


paź 03 2012

Piękny, gościnny, Wschód.

Category: Uncategorizedmindex @ 23:03

Czasem zastanawiam się, dlaczego tak bardzo lubię jeździć na wschód Polski. Dlaczego? Dlaczego, kiedy mam wybór, czy odwiedzić Kraków, Wrocław, Warszawę (o zgrozo!), czy pojechać w znajome okolice na samiutkim wschodzie naszego kraju, to wybieram to drugie? Dlaczego „ciągnie mnie” nad Bug, w okolice Białej Podlaskiej, Krasnegostawu, Zamościa, Włodawy? Dlaczego wciąż marzę o wizycie w Supraślu i okolicach (bo jeszcze tam nie byłem)? Dlaczego tak podobało mi się w Puszczy Białowieskiej? Dlaczego z przyjemnością wyjeżdżam na Ukrainę? Dlaczego – wreszcie – jestem zafascynowany zachodnią Białorusią? Nie do końca wiem to na sto procent. Ale tak na 99% już chyba tak ;)

 

Ktoś mógłby powiedzieć, że to przez brak porównania z innymi okolicami w kraju lub poza nim. Ale byłem przecież „w górach i na plaży (i żonaty cztery razy)…” :) Bywałem w Tatrach, które mi się podobają, w Bieszczadach, które uważam za piękne, nad Bałtykiem, na Mazurach (gdzie mi się podoba), odwiedzałem Kujawy, Wielkopolskę, Śląsk Górny i Dolny, centralną Polskę, byłem w Niemczech, Słowacji, na Węgrzech, w Danii, Szwecji, Holandii, Francji, Austrii, Szwajcarii, Włoszech, w Grecji, a nawet na Dominikanie, na plażach pełnych białego piasku i palm, sąsiadujących z błękitną wodą. Morze Śródziemne widziałem od strony Europy, ale kąpałem się w nim także wchodząc z plaży w Bejrucie. Zwiedziłem niezły kawałek Belgii, z urokliwą Brugią na czele. Widziałem Nową Funldlandię, chodziłem i jeździłem rowerem po górach Cork & Kerry, byłem w paru miejscach w Anglii, a całkiem niedawno zjechałem niezły kawałek południowej Norwegii. Oczywiście to całkiem niewiele i chcę zobaczyć jeszcze całą masę bliższych i dalszych miejsc. Ale jednak, często, kiedy mógłbym pojechać na weekend gdzieś za granicę, w miejsce, w którym nie byłem, wolę wsiąść do auta i skoczyć nad Bug. Pomimo piękna zwiedzonych miejsc, niepowtarzalności widoków w Alpach, czy zapierającego dech w piersiach widoku z Preikestolen, niesamowitego klimatu na Santorini, czy cudnych tras rowerowych na Bornholmie… pomimo tego, że setki pięknych widoków utknęło mi mocno w pamięci, że świetnie czułem się w tych wszystkich miejscach, najbardziej i najmocniej pamiętam wciąż „moje okolice” i – wyobraźcie sobie – będąc w tych wszystkich ciekawych i pięknych miejscach – tęskniłem za moimi nadbużańskimi łąkami. Cóż takiego jest w tych okolicach? Co powoduje, że chce się tam wracać?

Pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że poznałem te miejsca, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Ważny jest też pewnie fakt, że jest to po prostu blisko miejsca, gdzie mieszkam. Ale kiedy okaże się, że nie zdecydowałem się – stając przed taką ewentualnością – na zmianę miejsca zamieszkania właśnie ze względu na to, że miałbym znacznie dalej do swoich ulubionych okolic, nie można powiedzieć, że lubię te okolice, bo są mi bliskie. Geograficznie. One są bliskie, ale mojemu sercu ;) I dlatego wolę mieć je blisko, żeby móc częściej tu przyjeżdżać.

Wiecie, jak jest na wschodzie Polski? Na wschód od Lublina? W okolicach Włodawy, Parczewa, czy Białej Podlaskiej? Jest – generalnie – płasko. Ktoś powiedziałby: „na nic! wolę góry”. Są jeziora. Ale to „nic” w porównaniu do tych mazurskich. Trochę pagórków znajdziemy już za Krasnymstawem (a nawet przed), no i oczywiście na Roztoczu. Mamy tu piękne, meandrujące, naturalne, dzikie wręcz, rzeki: Wieprz i – OCZYWIŚCIE – Bug. Mamy rozległe kompleksy leśne, z masą zwierząt i roślin. Mamy bagna w Poleskim Parku Narodowym i jego okolicach. Możemy spotkać łosie, sarny, jelenie. Nad Bugiem zobaczymy nie raz bociany, ale też czaple. Do tego wszystkiego mamy tutaj, na wschodzie, sporo starych wiosek, w których są jeszcze drewniane chałupy. W niektórych z tych chałup mieszkają jeszcze ludzie. W wielu wioskach są cerkwie. To charakterystyczne dla pogranicza. Mieszały się tu kultury, wyznania i obyczaje. Zdarza się, że w jednej miejscowości jest świątynia katolicka i prawosławna. O Włodawie nie muszę chyba wspominać, prawda? Przy okazji: niedługo Festiwal Trzech Kultur.

Jak to możliwe, że te okolice zachowały się w takiej formie? Jak możliwe jest to, że cerkwie nie zostały spalone, a przyroda nie została zniszczona? To – wbrew pozorom – dość proste. Ludzie różnych wyznań żyli tutaj po prostu w zgodzie i szybciej bronili się nawzajem i wspierali, niż kłócili. Natomiast przyroda została oszczędzona przez niszczycielską rękę człowieka, który – z jakichś powodów – nie ulokował tutaj za wiele ciężkiego przemysłu. Właściwie to nie ulokował go tutaj prawie w ogóle. Mamy niedaleko od Lublina kopalnię węgla w Bogdance, mamy parę małych fabryczek i … w zasadzie tyle. Nie mamy też za wiele dróg, a sieć połączeń kolejowych jest rozwinięta gorzej niż chyba gdziekolwiek indziej. Z Lublina na wschód można pociągiem pojechać tylko do Chełma i Zamościa. Linia do Parczewa jest aktualnie nieczynna. Podobnie jest z dojazdem do Włodawy. Wyjątkiem jest Terespol, przez który przejeżdżają pociągi międzynarodowe.

To wszystko w prosty sposób przekłada się na czystość środowiska naturalnego i niejako „jakość” przyrody, która nas otacza oraz jej – niespotykaną już gdzie indziej – różnorodność i bezsprzeczną DZIKOŚĆ.

Do tego, o czym wspomniałem, doliczyć należy jeszcze jedną rzecz, której ja, co prawda, nie zauważam. Jest to rzecz, którą widzą bardzo dobrze ludzie pochodzący z innych części Polski, podróżnicy. Tak. Podróżnicy, nie turyści. Co to takiego? Tak tak. Tradycyjna „polska gościnność”, której podobno w niektórych rejonach naszego kraju próżno już szukać. Mi wydawało się do niedawna, że pewnie podobnie jest i tutaj, a nawet nad samym Bugiem. Myślałem też, że zaskakująca gościnność, którą spotkałem na Białorusi, jest wzorem dla Polaków, tym, co kiedyś ponoć mieliśmy jako cechę niemal narodową, a co u nas już zanikło. Otóż okazuje się, że wcale nie jest tak źle.

Napisali o tym ludzie, których poznałem zupełnym przypadkiem, na rynku w Sławatyczach, kiedy 1 czy 2 sierpnia, prawie o zmroku, pojawiłem się tam na chwilę samochodem. Kiedy przeczytałem ich relację z przemierzania wschodnich rubieży Polski rowerami, poczułem się bardzo miło. Wiem bowiem, na podstawie krótkiej dość, ale treściwej, rozmowy z nimi, że są to ludzie wartościowi, ciekawi świata, a jednocześnie naprawdę już nieco doświadczeni w podróżowaniu i korzystaniu w tym czasie z gościnności. Co napisali? Zobaczcie sami! ;)

A w ostatnią niedzielę uświadomiłem sobie, po raz już któryś, że tak naprawdę to ja TEŻ tej wspaniałej atmosfery gościnnego wschodu, z piękną przyrodą, doświadczam. Wybraliśmy się, WRESZCIE, na wycieczkę rowerową z Parczewską Grupą Rowerową. To nasi znajomi rowerzyści, których poznaliśmy jeszcze w 2008 roku, przy okazji I Nadbużańskiego Rajdu Rowerowego. Od tamtej pory w miarę regularnie odwiedzamy ich w Parczewie, na organizowanych tam rajdach i wycieczkach. Zawsze jesteśmy bardzo mile widziani i przyjmowani „jak swoi”. Nie zawsze oczywiście możemy tam jeździć, bo o takiej możliwości decyduje zarówno odległość jak i konieczność realizacji także innych planów, które często kolidują z planami PGR. W tej grupie, niezależnie od tego, którzy jej członkowie akurat jadą na wycieczkę, panuje zawsze ŚWIETNA, rodzinna, atmosfera. Nie mówię już o klimacie, jaki mają wycieczki po okolicach Parczewa. Bo i okolice piękne i właśnie ta atmosfera.

Tym razem byliśmy na ognisku w Lasach Parczewskich, gdzie spotkaliśmy zupełnie przypadkowych ludzi, którzy mieli już rozpalone ognisko. Zapytaliśmy, czy możemy się przyłączyć, a zanim zdążyliśmy się ogarnąć, tamci ludzie przytargali z lasu wielkie kawałki drzew, porąbali je i jeszcze przeprosili niektórych z nas, którzy już piekli swoje kiełbaski nad ogniem, za to, że muszą dorzucić do ognia. HUH!  Po długiej wycieczce, klimatycznym ognisku z kiełbaskami, chlebem ze smalcem i ogórkami kiszonymi, śledziami domowej roboty, z herbatą z pigwą z wielkiego termosu i łyczkiem domowej nalewki z pędów sosny i wina z przydomowych winogron, pojechaliśmy dalej, by przed powrotem do Parczewa jeszcze poczuć świetny klimat Jeziora Obradowskiego, zamkniętego ze wszystkich stron lasem z niezmąconą niczym, ciemną, wodą, która pod dnem kryje głębokie pokłady torfu. Resztę niech opowie kilka fotek z tej wycieczki (zalecam oglądanie od końca, bo wrzuciły się jakoś „od tyłu” :>).

 

Co do piękna wschodu (a raczej Wschodu! ;>), to mogę jeszcze pokazać kilka jesiennych zdjęć, wykonanych w sobotę, kiedy to najpierw spacerowaliśmy nad Bugiem, a później jeździliśmy rowerami w okolicach.

Sobota, jak – mam nadzieję – widać, była piękna. Pogoda naprawdę dopisała. Krótkie spodenki i t-shirt wystarczały w zupełności. Wieczorem chłodno zrobiło się niestety bardzo szybko. W nocy mocno popadał deszcz i pojawiła się obawa o pogodę w niedzielę. Niedziela zdawała się być tylko bardziej wietrzna. Poza tym było równie pięknie, jak w sobotę i wieczorem równie szybko zrobiło się dość chłodno. Weekend udany! Bardzo udany. Lepiej go chyba nie mogliśmy spędzić.

 

A dzisiaj próbuję wracać w nadbużańskie okolice, przeglądając pewne czasopismo. To naprawdę ciekawy kwartalnik, który ukazuje się od niedawna, ale już zdążył znaleźć sporą grupę stałych czytelników. Pismo się rozwija i nawiązuje współpracę z kolejnymi osobami związanymi jakoś tam z Bugiem. I tak, w ostatnim numerze pojawił się artykuł autorstwa Pana Józefa Tworka – znanego kajakarza, weterana w tej materii, znającego Bug niczym własną kieszeń, którego miałem okazję kiedyś poznać i którego przewodnik po Bugu, wydany niedawno przez UMWL, ma na okładce zdjęcie mojego autorstwa. Tak się złożyło, że również artykuł Pana Józefa, zamieszczony w Krainie Bugu, bo tak nazywa się wspomniany kwartalnik, został zilustrowany wykonanymi przeze mnie zdjęciami. Niewykluczone też, że także w przyszłości, jeśli się w sobie zbiorę :D, będę współpracował z tym pismem. Chcecie mieć swój egzemplarz do poczytania w jesienne wieczory? Lećcie do Empiku ;)

Huh. Ale już późno! Czas spać, by zdążyć jeszcze choć trochę odpocząć przed kolejnym dniem. Do napisania/przeczytania ;)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,


sty 06 2011

Zima

Category: Uncategorizedmindex @ 09:43

Trwa w najlepsze. Ma się świetnie. Postanowiłem więc korzystać z niej. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem pojechaliśmy na chwilę nad Bug.

Na rzece była, jak widać powyżej, kra. Płynęła wolno w wodzie, która dzięki jej obecności zdawała się mieć konsystencję zupy z pokruszonym do niej chlebem, przez co wydawała się ciepła. Tak naprawdę temperatura wody z pewnością była bardzo niska ;) Mróz w powietrzu nie przeszkadzał jednak. Było bardzo przyjemnie i przede wszystkim mega klimatycznie.

Później na chwilkę i to naprawdę krótką podjechaliśmy w okolice Klasztoru w Jabłecznej. Z daleka wygląda jak uśpiony gdzieś pośród śniegu i drzew. Jak niedostępny i zapomniany…

A oto zdjęcie przyklasztornego dębu, o zachodzie słońca.

Wracając do Sławatycz lokalnymi drogami spotkaliśmy…

W pierwszy weekend stycznia, jako że pogoda była sprzyjająca, wybraliśmy się na rower.

Jak widać, jeździło się przyjemnie. Nie dało się tylko, co oczywiste, jeździć zbyt szybko. A i później czyszczenie rowerów, klatki schodowej i przedpokoju zabrało sporo czasu. Czy było warto? Pewka! ;)

Tagi: , , , , , , , , , , ,


lip 06 2010

.weekend 3-4.07.2010

Category: Uncategorizedmindex @ 07:05

Hm… gdzie ten Krzysiek?…

O! ;)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,


cze 09 2010

24 godziny mieć…

Category: Uncategorizedmindex @ 21:37

czwartek, popularnie zwany „Bożym Ciałem”, spędziliśmy różnie. trochę rano w domu, trochę na procesji, trochę… na rowerze, a później na imprezie. a było śmiesznie i okazało się, że mogę jednak mieć czasem farta. mianowicie: dzień wcześniej, po wyjściu znajomego, pojechaliśmy do Tesco, kupić jakieś „imprezowe” produkty na dzień następny, czyli właśnie „Boże Ciało”, bo przecież teraz w święta katolickie mamy pozamykane sklepy. pojechaliśmy, już po wielkiej ulewie. ale w międzyczasie chyba jeszcze troszkę padało. przyjechaliśmy, poszliśmy do domu, spać. następnego dnia procesja, w której braliśmy udział, przechodziła obok parkingu i zauważyłem, że… szyba w drzwiach kierowcy jest otwarta lub nie ma jej wcale. nie ukrywam, poczułem zdziwienie i lekki przestrach. poszliśmy szybko w okolice samochodu. okazało się, że szyba jest, ale otwarta. do domu po klucze i do samochodu znów: otworzyłem samochód, zamknąłem szybę, zamknąłem samochód, wróciliśmy do procesji, która całkiem niewiele zdążyła bez nas przejść. po chwili przypomniałem sobie, że szyby po prostu nie zamknąłem we środę w nocy. wyobrażacie sobie, co byłoby, gdyby w nocy była ogromna ulewa, jakich ostatnio w Polsce było wiele? Ja wolę sobie nie wyobrażać. Konkluzja z tego wydarzenia? Trywialna: miałem fart ;)
Po powrocie z kościoła stwierdziliśmy, że obiad nie zrobi się sam, a i nam się nie chce go przygotowywać. Szybka decyzja i pojechaliśmy rowerami do BIDY, gdzie mają całkiem niezłe pierogi. Ja bardzo lubię u nich te z mięsem. Odległość – 15 km, może 16. Pogoda – piękna. Tempo – lajtowe. Kiedy byliśmy już tuż tuż, zauważyliśmy, że burzowa, granatowa wręcz, chmura jest już całkiem blisko nas i Lublina. Postanowiliśmy więc wracać. Prawie zdążyliśmy. Deszcz złapał nas już w Marysinie i do momentu wejścia do mieszkania ciągle padał. Ale nie zmokliśmy bardzo. Rozpadało się dopiero później. Ale wieczorem przestało i późno, bo około 23, było baardzo ciepło. Aż się nie chciało wracać do domu. W taką noc można by spacerować do rana.

W piątek natomiast przyszedł – w końcu – czas na wyjazd. Na wyjazd do Sławatycz. Mieliśmy co prawda plan na spędzenie tam niewielkiej ilości czasu, ale nawet taka krótka wizyta to „zawsze coś”. Pojechaliśmy. Padało, momentami lało. Kiedy dojechaliśmy, ciągle było mokro i pochmurno. Ale na wieczór wypogodziło się i to wypogodziło naprawdę. Dzięki temu udało się wybrać na krótki spacer po dobrze nam znanych łąkach. Na spacer wzięliśmy aparat. Kilka efektów tego spaceru zobaczycie poniżej.

Światło było takie, jak widać wyżej. zdjęcie jest zrobione „ze światłem”, czyli od strony chylącego się ku zachodowi słońca, w stronę wschodnią. Na zdjęciu słupek graniczny nr 1183.

Tutaj z kolei zdjęcie zrobione w kierunku prawie zachodnim. Widać łąkę, za nią drzewa rosnące nad Bugiem, a nad łąką, na tle drzew, tysiące owadów, które udało się pokazać dzięki światłu słonecznemu. Wiele z tych owadów to niestety komary.

Ta fotografia przedstawia z kolei ogrodzenie jednej z nadbużańskich łąk. Takie właśnie ogrodzenia, wykonane z wykorzystaniem kawałków drzew, bardzo mi się podobają. Uważam, że mają pewien urok. Łąki w ten sposób grodzone mają jakiś niepowtarzalny klimat. Niestety, coraz mniej już takich, ale w Sławatyczach i okolicach nadal można takie spotkać.

Komary naprawdę dokuczały. Nic więc dziwnego, że ten Wędkarz zdecydował się wrócić już do domu. Chociaż… może złowił już dostatecznie dużo ryb…

A tutaj, ale i na dwóch zdjęciach poniżej, łąka na Mościcach, w świetle zachodzącego słońca. Fotografie wykonane oczywiście pod słońce. Może i nie ma jakiegoś specjalnego ładu w kadrze, ale nie o to tu chodziło. Chodziło o światło, które tworzy tu – moim zdaniem – świetny nastrój. Oczywiście na żywo wyglądało to jeszcze fajniej (wierzcie mi na słowo lub pojedźcie kiedyś sprawdzić), ale może te zdjęcia choć w kawałku oddadzą panujący tam wtedy nastrój.

Powyższa fotka została zrobiona dosłownie tuż przed momentem, w którym słońce przestało już oświetlać okoliczne łąki tym ciepłym światłem. Schowało się i w jednej chwili zrobiło się nieco chłodniej, choć oczywiście nadal było wystarczająco ciepło na spacer.

Przeszliśmy kilka kilometrów, wróciliśmy przez wieś i  delektowaliśmy się …. piwem, które – wierzcie – wypijane w sprzyjających „okolicznościach przyrody” smakuje inaczej niż gdziekolwiek indziej.

Następny dzień okazał się być – w kwestii pogody – jeszcze bardziej łaskawy od piątku. Mieliśmy, co prawda, w planie wyjazd w miarę wcześnie, ale plan ten musiał ulec zmianie. I uległ. A w miarę wcześnie, bo o 11 – owszem – wyjechaliśmy, ale nie samochodem. Wzięliśmy rowery i udaliśmy się na kontrolny objazd Trasy II Edycji NRR. Nie objechaliśmy co prawda całej trasy, bo nie byliśmy do tego idealnie przygotowani, ale odcinki, które wzbudzały moje wątpliwości co do ich przejezdności po ostatnich ulewach, skontrolowaliśmy. Poniżej kilka fotek:

Las między Kuzawką a Janówką. Przejedziemy tamtędy na NRR 2010, o ile nie będzie bardzo mokro. Obecnie jest – jak się okazało – dobrze. Woda stoi tylko gdzieniegdzie w rowach, ale droga jest przejezdna, nawet na oponach 700 x 20 (sic!).

Tuż za lasem czeka na nas na NRR kawałek asfaltu. Taki luksus zapewni nam droga przez miejscowość Janówka. Na zdjęciu cerkiew tamże.

A tu już budynek Muzeum J. I. Kraszewskiego w Romanowie. Warto wspomnieć, że Muzeum jest w tym roku jednym ze sponsorów Nadbużańskiego Rajdu Rowerowego.

A na koniec pokażę Wam, że do jazdy rowerem wcale nie są potrzebne lajkry, kolorowe koszulki, rękawiczki i jakieś wypasione buty do wpinania w pedały, za 500 złotych ;) Ponieważ – jak to ja – zapomniałem wziąć ze sobą typowo „rowerowe” ciuchy, ale nie miałem też żadnego tiszerta i krótkich spodenek, ani „sportowych” butów, skorzystałem ze starych sztruksów, pełniących funkcję roboczych, starego tiszerta i sweterka, który kiedyś został jakoś źle wyprany. Do tego założyłem stare, dziurawe już, Adidasy i stary kask (zamiast czapki, żeby głowa była osłonięta od słońca). Proszę zauważyć, że do tego ubioru idealnie dobrałem napój. Będąc w wiejskim sklepie w miejscowości Dańce zakupiłem bowiem oranżadę „Helenkę” ;) Była całkiem smaczna. Szkoda, że nie widać jej w lubelskich sklepach :)

Chwilę po wykonaniu tego zdjęcia byliśmy już z powrotem w domu i zaczynaliśmy się przygotowywać do nieuniknionego – wyjazdu ze Sławatycz :). Pojechaliśmy po 16, a chwilę po 17 byliśmy już na innej wsi, ale to… całkiem inna historia. Historia, której nie opowiem już dzisiaj. A w dodatku nie mógłbym się wspomóc zdjęciami, bo tam już nie fotografowałem. A żałuję, bo byliśmy w okolicach wcześniej mi nieznanych, które okazały się być naprawdę urokliwe. Następnym razem planujemy pojechać tam rowerami, a ja planuję wziąć aparat. Ale o tym już naprawdę kiedy indziej. Edytor mówi mi bowiem, że w tym wpisie przekroczyłem już 1000 słów. Boję się myśleć, ile to liter :)

To do zobaczenia na łamach mindex’a za czas jakiś.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,


kwi 23 2010

PPN, PGR i DBR

Category: Uncategorizedmindex @ 21:27

Dobry wieczór.

Dziś kilka kolejnych fotek. Z różnych miejsc. I z różnych okazji. I opisy dwóch ostatnich weekendów.

Od początku. Dwa weekendy temu, 10 i 11 kwietnia, wybraliśmy się do Poleskiego Parku Narodowego. Oczywiście z rowerami. Nie będę się o tym rozpisywał, bo relacja jest TUTAJ. Autorem relacji, w większej jej części, jestem ja, zatem nie ma potrzeby pisać raz jeszcze tego samego. Zaznaczę tylko, że było naprawdę świetnie i że już myślimy o tym, kiedy by się tam wybrać ponownie, żeby obejrzeć przyrodę PPN w innej porze roku, w pełnej krasie, również z siodełka roweru, ale już nieco wolniej jadącego roweru :)

A jak wyglądał PPN na naszym wyjeździe?

Tutaj akurat spojrzenie na „Durne Bagno” z wieży widokowej.

Tutaj natomiast uczestnicy naszej wycieczki na jednej z kładek w PPN. Ta kładka była, w porównaniu do innych, komfortowa: prawie żadnych liści, szeroka, z barierkami. super ;) Aaa. tak tak – jako ostatnia w tej grupie jedzie Ania :)

I na koniec tej mini fotorelacji ja, z dziwną miną, na tle jeziora w Wytycznie.

Więcej zdjęć z PPN znajdziecie:

W galerii PICASA Rowerowego Parczewa (zdjęcia Grześka z PGR).

W galerii PICASA Rowerowego Lublina (zdjęcia moje i Ani)

Skoro rozszyfrowałem pierwszy skrót, przejdę do kolejnego. PGR oznacza… Parczewską Grupę Rowerową. Z ludźmi będącymi twórcami tej grupy poznałem się na pierwszej edycji Nadbużańskiego Rajdu Rowerowego, w ubiegłym roku, w Sławatyczach. Okazali się bardzo miłymi i pełnymi zapału entuzjastami wszystkiego, co wiąże się z rowerami.

W tym roku PGR zorganizowała, w ramach akcji Polska Na Rowery wymyślonej przez Gazetę Wyborczą (w oparciu o Polska Biega), Wiosenny Rajd Rowerowy. Informacje o imprezie, które przeczytałem na stronie PGR, były niezwykle zachęcające. Miła niedzielna przejażdżka po parczewskiej ziemi, częściowo asfaltami, częściowo po lesie, ognisko z kiełbaskami w lesie i 40 km w około 5 godzin (wliczając ognisko) – musiało być fajnie. Nie zastanawialiśmy się więc długo, postanowiliśmy się po prostu tam pojawić.

Początkowo chcieliśmy pojechać do Parczewa rowerami, wziąć udział w rajdzie i rowerami wrócić. Wszystko jednego dnia. Ale w sobotę poszedłem na rower, przejechałem 100 km w zimnym wietrze i stwierdziłem, że możemy mieć z tym problemy, jeśli pogoda się nie zmieni. W niedzielę obserwowaliśmy z balkonu kołyszące się drzewa i doszliśmy do wniosku, że jednak wiatr wciąż jest nieco za duży na tak długą przejażdżkę. Poza tym, gdybyśmy przyjechali na miejsce rowerami, musielibyśmy skrócić swój udział w rajdzie, rezygnując z pobytu na ognisku i wracać odpowiednio wcześnie, by do Lublina wrócić niezbyt długo po zmroku (po prostu, by nie jechać połowy, czy prawie całej trasy po ciemku). Zdecydowaliśmy więc, że weźmiemy auto. Ale nie chciało nam się brać bagażnika na rowery. Wybraliśmy zatem opcje przewiezienia rowerów w samochodzie. Ani rower musiał na chwilę rozdzielić się ze swoim przednim kołem, a ja… po prostu wziąłem składaka.

Tu warto wspomnieć, że przy okazji mycia roweru postanowiłem wymienić baterie w lampce na nim zamocowanej. Otworzyłem ją i moim oczom ukazał się taki widok:

Zastanawiacie się, skąd ta rdza w lampce? Już tłumaczę. Kiedyś myłem rower, po złożeniu, w wannie, prysznicem :) I nie zdjąłem lampki. Po zabiegu nadal świeciła, więc uznałem, że wszystko z nią OK. I wszystko było OK :) Co prawda rdza zjadła jedną sprężynkę do trzymania baterii, ale zastąpiłem ją blaszką z innej lampki, której i tak nie używam.

W Parczewie zostaliśmy bardzo miło przywitani przez Organizatorów Rajdu, później jeździliśmy razem z około czterdziestoma innymi uczestnikami imprezy po okołoparczewskich lasach i ścieżkach i po około połowie, czy może 2/3, trasy posililiśmy się wspólnie pysznymi kiełbaskami pieczonymi na ognisku (kiełbaski były z Łukowa) i doprawianymi najlepszą na świecie musztardą i równie dobrym keczupem (musztarda i keczup były z mojej ulubionej fabryki musztardy, zresztą – trudno sobie wyobrazić, by w Parczewie miały być skądkolwiek indziej).

Jeżeli miałbym komukolwiek polecać rajd rowerowy, to ZDECYDOWANIE polecam imprezy organizowane przez PGR. Wiem, że ludzie Ci są niezmiernie mili, bardzo gościnni i jeżdżą bez zbędnej „napinki”. Nie liczy się dla nich prędkość średnia, chwilowa, kadencja. Nie są sprzętowcami, więc jeżdżą po prostu na takich rowerach, jakie mają. Każdego niezdecydowanego zapewniam, że z PGR przejedzie 40, czy nawet 80 km w ciągu dnia. Nawet jeśli jego dotychczasowy rekord to 12,5 km :) Oczywiście muszę tu wspomnieć, że nie większe tempo jazdy i zapewne nie większy kilometraż są spodziewane w tym roku na Nadbużańskim Rajdzie Rowerowym, na który zapraszam 26 czerwca.

Na koniec parczewskiego rajdu zostaliśmy odprowadzeni do samochodów i pożegnani. Poczułem się na tej imprezie jak ktoś naprawdę mile widziany, jak gość. Bardzo mi się to podobało. Ania oraz znajomi, którzy z nami byli (Piotrek z Dorotą i dziećmi), mieli identyczne odczucia. Rowerowy Parczew RZĄDZI!

Aha. Jeszcze zdjęcia. Pod ręką miałem te:

Uczestnicy Rajdu wjeżdżają do miejscowości Gęś, której nazwa – jak widać – rozśmieszyła Anię ;)

A to zawilec kwitnący w lesie, nieopodal miejsca, gdzie mieliśmy ognisko.

No i jeszcze mój autoportret. Wykonany w lustrzanym odbiciu w okularach kolegi :)

Więcej fotek:

w mojej galerii PICASA

w galerii PICASA PGR (cztery z tych zdjęć pochodzą z mojej galerii)

oraz na stronie akcji Polska Na Rowery (zdjęcia mojego autorstwa, pochodzące z mojej galerii, do której link jest powyżej)

No i został do rozszyfrowania jeszcze jeden skrót.

DBR oznacza Diamond Back Racing. Diamond Back to firma produkująca rowery. Między innymi modele wyścigowe (Racing). Taki właśnie rower, staaaaruuutki, bo z 2001 roku, pożyczyłem już jakiś czas temu od Marka. I niedawno udało mi się w końcu zrobić mu porządny serwis. Nie nie. Nie robiłem tego sam. Oddałem rower do Centrali Rowerowej. Poczekałem trochę (odrobinę dłużej niż się umawiałem z właścicielem, ale to w sumie drobiazg, bo sam serwis, jakość usługi, jest godna polecenia) i odebrałem. A przedwczoraj wyskoczyłem w końcu pojeździć na tym rowerze. To był właściwie mój debiut na kolarce. Przejechałem po mieście zawrotne 22 kilometry, z jeszcze bardziej powalającą średnią – 22 km/h :) Wszystko to dlatego, że… bałem się jeszcze jeździć szybko na tym rowerze. Po prostu jest zupełnie inny od stabilnego, cięższego i odpornego na wyboje i dziury górala, posiadającego szeroką kierownicę. Baaa. Jest inny od Dahona, który przecież też ma wąską kierownicę (jak kolarka). Jutro zamierzam się przymierzyć do kolarki po raz drugi. Tym razem już poza miastem. I ze swoimi pedałami, w które będzie się łatwiej wpinać.

A jak wygląda Diamond Back Podium 2.0 z 2001 roku? O proszę:

Rower nieostry? Zgadza się. Więcej zdjęć ZNAJDZIECIE TUTAJ.

Na sam już koniec jeszcze jedno zdjęcie, nie mojego autorstwa, ale ze mną w roli głównej:

Po prostu ja. Przy pracy. A na pierwszym planie, podobnie jak na poprzedniej fotce, mój ulubiony kolor ;)

Na dzisiaj wystarczy już przynudzania. Sam się tak znudziłem, że aż zrobiłem się śpiący ;) Mam nadzieję, że czytający to nie :)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,


kwi 18 2010

Rozlewiska Bugu, prawie miesiąc temu

Category: Uncategorizedmindex @ 07:14

Ehlo!

27 marca pojechaliśmy na chwilę do Sławatycz. Kiedy pojawiliśmy się na miejscu, okazało się, że Bug – tradycyjnie już na wiosnę – wylał. Tym razem wylał jednak nieco bardziej obficie niż choćby rok temu. Wiele gospodarstw zostało odciętych od świata, wielu ludzi zostało zmuszonych do chodzenia w tzw. „woderach”, a niektórzy musieli pływać łódkami.

Poniżej kilka zdjęć zrobionych pod koniec marca, pokazujących, jak ciekawie tam było.

Droga, na której końcu stoi Land Rover Straży Granicznej, normalnie prowadzi wzdłuż brzegu Bugu, do kilku gospodarstw i domków letniskowych. Pod koniec marca samochodem nie dało się dojechać dalej niż auto na zdjęciu.

Na pierwszym planie mamy wodę, która zalała czyjąś posesję. W oddali widać dom, który jest otoczony wodą i przez to jego mieszkańcy są zmuszeni do korzystania z łódek. Woda, którą widać na zdjęciu zalała też drogę, którą jechaliśmy. Także dalej nie można było wjechać samochodem. Pozostawały baaardzo długie gumowce lub łódka.

Ten słup „normalnie” stoi kilkadziesiąt metrów od Bugu. Pod koniec marca stał w wodzie.

Bociany, które pod koniec marca były już w Polsce, wydawały się być zadowolone skalą wylewów Bugu ;)

Droga w prawo prowadzi na nadbużańskie łąki w okolicach Kuzawki i Hanny. Pod koniec marca była zalana, co spowodowało odcięcie mieszkańców tamtych okolic od świata.

Żeby dostać się do tego domu, trzeba przepłynąć prawdziwe „jezioro”.

Przez tą posesję, normalnie zlokalizowaną tuż nad Bugiem, po prostu płynęła rzeka. Płynęła całkiem żwawym nurtem. Na widocznej na zdjęciu huśtawce na pewno nie dało się huśtać :)

Mieszkańcy okolic Hanny używali do przeprawy przez zalane łąki łódek. Na zdjęciu jedna z nich. Jej właściciel zapewne musiał akurat załatwić coś w Hannie, bowiem łódka stoi na brzegu rozlewiska znajdującym się już w samej miejscowości.

Jak widać powyżej, nie było zbyt „różowo”. Mieszkańcy zalanych przez wody Bugu terenów mieli naprawdę sporo kłopotów z nadmiarem wody.

Na pocieszenie zdjęcia kwiatków, które zakwitły u mnie w ogrodzie ;)

I tym miłym akcentem zakończę dzisiejszą fotorelację ze Sławatycz. Niebawem można liczyć na kolejne zestawy fotografii. Choćby dzisiaj bowiem zamierzam zabrać aparat na krótką wycieczkę :)

Tagi: , , , , , , , , , , ,


lis 11 2009

„w fotograficznym skrócie”

Category: Uncategorizedmindex @ 19:51

Mam masę zdjęć z dość długiego okresu, które nie widziały światła dziennego. Nie były oglądane przez nikogo prócz nas (mnie i Ani). Duża część z nich jest już na dysku zewnętrznym, płytach… A szkoda. Zdjęcia te bowiem, mimo że nie jakieś świetne, czy artystycznie wykonane, są fajne. Są, bo mają wartość pamiątkową.

Nie rozumiem określenia „w fotograficznym skrócie”, dlatego umieszczam je w cudzysłowie. U mnie znaczyć będzie to, że opowiem kilka historii z tego roku w dużym skrócie, ilustrując je nielicznymi zdjęciami.

Jakoś w lecie jeszcze jeździliśmy rowerami. A tutaj widać, jak było: Rower mojej Mamy stojący w Nowosiółkach, w Gminie Sławatycze. Było ciepło, ładnie i bardzo przyjemnie.

Rowerem nad Bugiem

Później, chyba jeszcze ciągle w lecie, byliśmy też nad Bugiem, ale tam, gdzie nie byłem jeszcze nigdy. W okolicach Hrubieszowa. Tak wygląda tam Bug:

Bug w okolicach Hrubieszowa

A tak okoliczne łąki:

STOP - Łąka nad Bugiem

W samym Hrubieszowie natomiast spotkaliśmy coś takiego:

McKanapka - alternatywa dla McDonald's-a?

Ciekawe, co na to McDonald’s…
Zupełnie kiedy indziej, pod koniec lata, wyszliśmy na dwór wieczorem, żeby zobaczyć, czy uda się złapać przejeżdżające auta…

Bziuuum

Chyba się udało ;)

Powyżej było Volvo, a tu jest Toyota.

Toyota ;)

Kilka dni później odwiedziliśmy na chwilę Roztocze. Nie pozwiedzaliśmy długo, ale i tak zachwyciliśmy się jego pięknem. Jak tylko będziemy mieli czas, jedziemy tam rowerami. Na kilka dni.

Roztocze

Roztocze u schyłku lata

Jak widać poniżej, zdjęcia robiłem nie tylko ja :)

Fotografując Roztocze

W roztoczańskich lasach znalazłem trochę wczesnojesiennego słońca:

Jesienne Słońce na Roztoczu

I wrzosy


Wrzos

Jak już pisałem, nie tylko ja miałem aparat. Dlatego Ani udawało się złapać mnie, kiedy na przykład szedłem zamyślony brzegiem stawu Echo w Zwierzyńcu, zastanawiając się, czy o tej porze da się jeszcze pstryknąć jakieś fajne ujęcie ;)

Staw Echo - Zwierzyniec.

Chyba się nie udało. A może udało, ale nie chcę pokazywać rezultatów? :D

W każdym razie nie dalej, jak kilka dni później, jeździliśmy rowerami w Sławatyczach i okolicach. Na rowerze mojej Mamy i moim składaku wybraliśmy się na wycieczkę przełajową ze Sławatycz do Kodnia i z powrotem. Wyszło około 50 km. Nie było to wcale jakoś specjalnie męczące, wręcz przeciwnie – czysta przyjemność.

Jesienne rowerowanie nad Bugiem

Rower nad Bugiem

Muchomorek w jesiennym klimacie

Jak widać wyżej, przyroda miała już jesienne kolory.

A teraz jeszcze jedno zdjęcie w tematyce rowerowej. Z wrześniowej Masy Krytycznej w Lublinie.

Masa Krytyczna Lublin

Braliśmy w niej udział. A jakże. Więcej – Wy też możecie. W każdy ostatni piątek miesiąca, o godzinie 18.00. Początek na pl. Litewskim. Wpadajcie. Atmosfera świetna.

W końcówce października, jakoś tak w okolicach moich urodzin, pojechaliśmy do Wrocławia.

I co tam widzieliśmy?

A choćby samolot :)

Samolot

Fajną, choć kiczowatą, szopkę bożonarodzeniową, która „pracuje” przez cały rok. Idąc jedną z wrocławskich ulic weszliśmy do kościoła, który stał tuż przy tej ulicy. A w środku okazało się, że jest tam ruchoma, „wieczna” szopka, którą można oglądać przez cały rok. Szopka znajduje się w kaplicy w tym kościele i robi niesamowite wrażenie. Nie wiem, czy opowiadać o niej, czy też nie. Bo przecież możecie sami pojechać i sprawdzić. Może nie tym razem. Może kiedy indziej. Kiedy będzie wena.

W każdym razie… w szopce były na ścianach gabloty i tablice, a na nich m. in. tarcze szkolne. i znalazłem jedną z Lublina.

Kto chodził do dwudziestejdrugiej? :)

lublin22

Taką samą tarczę miałem ja. To znaczy zrobioną wg takiego wzoru. Lecz zamiast 22 było na niej 35 ;)

Ale wróćmy do Wrocławia.

Narodziła się tam nowa świecka tradycja. Na jednym z mostów wieszają kłódki. Kto zgadnie, dlaczego? :D

Most Tumski we Wrocławiu - kłódki

Będąc we Wrocławiu postanowiliśmy skoczyć na chwilę za miasto. Na przedwczesnego trochę „Hubertusa”. Było fajnie. Pogonie za lisem, grochówka, bigos, fajny klimat.

Zdjęcie z Hubertusa? Proszę bardzo:

japka

W programie naszej wizyty w mieście nie mogło oczywiście zabraknąć odwiedzin pewnego Pubu/Restauracji/Browaru:

Spiż Wrocław

Ich ciemne piwo bardzo mi posmakowało.

Pierwszego listopada pojechałem obowiązkowo na grób Dziadków. Do Sławatycz.

A, że pogoda była sprzyjająca, niewiele myśląc, w wolnej chwili, wyjąłem rower Mamy i pojechałem się przejechać. Po drodze odwiedziłem nieużywany już od jakiegoś czasu „CPN”, czyli stację paliw. Oto, jak wygląda:

Mindex himself ;D

Później pomknąłem krajową 63ką do skrzyżowania, na którym skręciłem w stronę Sławatycz. Wycieczka była krótka. Trasa miała może 10 km. Ale zawsze sobie pojeździłem :)

Rowerem w okolicach Sławatycz

A później… później było już przez większość czasu brzydko, mokro i raczej zimno. Raz byłem na rowerze wieczorem, raz rowerem pojechałem do pracy. W innych dniach nie pozwalała na to pogoda lub inne czynniki.

Dziś jest 11 listopada i praktycznie cały dzień padało. Z domu wyszedłem tylko po to, by wyrzucić śmiecie. taki dzień. nawet do sklepu człowiek nie może pójść, bo zamknięte :)

Jutro mam za to wolne i będę załatwiał „sprawy”. Z pewnością będzie ciekawiej :)

Choć… gdyby nie dzisiejsze wolne i brak zajęć, nie byłoby tu zapewne powyższych zdjęć :D

Tagi: , , , , , , , , ,


paź 03 2009

słońce w … mojej głowie

Category: Uncategorizedmindex @ 10:34

Jesteśmy w Sławatyczach. na dworze chłodno. Słońce bije się z chmurami. Wygrywa. Rano były tylko chmury i zapowiadało się nieładnie. teraz jestem już happy, właśnie dzięki temu wypierającemu z nieba chmury słońcu. jest trochę po 11, słońce zaprasza mnie na dwór, zaglądając przez okno do mojego pokoju. nie sposób powstrzymać się od skorzystania z tego zaproszenia. zaraz wyciągamy rowery i jedziemy na jesienną przejażdżkę w wolnym tempie.

jeszcze tylko umyję zęby, korzystając z gorącej wody uzyskanej z samodzielnego (no – prawie) palenia w piecu ;)

i jeszcze – zanim wyjdę – jedna sprawa. chyba przedwczoraj, albo we środę, nie pamiętam, byliśmy w paru sklepach. i kupiłem sobie szare, bawełniane spodnie „dresowe”. szerokie, ale za to bardzo przyjemne w dotyku, idealne do siedzenia w domu na kanapie i czytania gazet, książek, czy pisania w Internecie. nie były drogie, wręcz przeciwnie, nie mają logo znanej firmy, ale jestem z nich ogromnie zadowolony. są po prostu super. i już wiem, że będą moimi ulubionymi spodniami „po domu” ;)

i mają sznureczek do związywania w pasie. o taki:

Adresik! Adidasa! :)

Tagi: , , , , , , , , ,


wrz 19 2009

sierpniowy urlop w…

Category: Uncategorizedmindex @ 08:47

…wielkim skrócie. (*)

(* – usiadłem dziś rano do zdjęć, ale szło mi jakoś wolno. dlatego wystawiam tylko kilka. nie mam czasu zmniejszać pozostałych dzisiaj. może kiedy indziej.)

Morris At The Party

wieczorem nad morzem

Ania na Molo w Sopocie

w Gdańsku

Gdańsk

Dokąd tu iść?

W trasie - o poranku

Poranek we mgle. W trasie.

A tu już nie z urlopu, ale z pewnego poranka ze Sławatycz:

Nad Bugiem o poranku

Sucha Roślinka

Dobrego dnia.

Tagi: , , , , , , , , , , ,


Następna strona »