lubicie czytać książki? ja…. znam takich, co lubią ;)
od wczesnego dzieciństwa zawsze towarzyszyły mi książki. jako dziecko dostawałem książeczki „poczytaj mi mamo, poczytaj mi tato” i inne dla dzieci, nieco później miałem m. in. Biblię dla dzieci, z obrazkami. poza własnymi książkami, zawsze w domu obserwowałem setki książek moich rodziców. mama pracowała w bibliotece wojewódzkiej, przez co czasem miała możliwość odkupienia lub otrzymania za darmo różnych książek, z czego z chęcią korzystała. do tego rodzice mieli w zwyczaju obdarowywać się książkami, czy też kupować je ot tak, po prostu. wydaje mi się, że nowe wydawnictwa pojawiały się u mnie w domu częściej niż raz na miesiąc, w liczbach z reguły większych niż 1 sztuka za jednym razem. w małym mieszkaniu książki przestawały się mieścić, choć zajmowały wszystkie regały w salonie, ale i pawlacze, jakieś szafki w przedpokoju, specjalnie przygotowaną półkę sięgającą od podłogi do sufitu. w związku z tym część z nich musiała znaleźć miejsce w moim pokoju. były to głównie książki dziecięce, młodzieżowe, literatura przygodowa. jednak z biegiem czasu zaczęły się u mnie pojawiać zarówno wielkie dzieła wybitnych polskich pisarzy i poetów, jak i książki tematyczne, czasem literatura fachowa.
można się więc spodziewać, że nie robiłem nic, tylko czytałem, czytałem i czytałem. otóż nie koniecznie. choć u mnie w domu nader częstym widokiem był obrazek, na którym mama i ojciec siedzą w swoich fotelach i każde jest zagłębione w lekturze swojej książki, to mnie to jakoś specjalnie nie porywało. oczywiście zdarzyło mi się przeczytać kilka pozycji Karola May’a, czy coś z Marka Twaina czy J. Verne’a, ale nie było to moją pasją. miałem w życiu krótki epizod, w którym zachwyciłem się twórczością Alistair’a MacLean’a. przeczytałem wtedy wszystkie jego książki, jakie były w Polsce dostępne. a zaczęło się od jednej, którą rodzice wywieźli na wieś, do domu Dziadków i tam stała w biblioteczce z przeszklonymi drzwiami. kiedyś, w wakacje, padał deszcz i się nudziłem. wyjąłem więc tę książkę i mnie wchłonęła. świetna lektura dla nastolatka.
później przyszły czasy, kiedy – na studiach – zadawano mi różne lektury. i miałem na przykład, w ciągu semestru, z jednego przedmiotu, przeczytać 12 różnych pozycji. nie udawało się to nigdy, ale „parę” książek w tym czasie zaliczyłem.
obecnie jestem na etapie, na którym przeczytanie jednej książki potrafi zająć mi nawet kilka miesięcy. nie oznacza to jednak, że nie przeczytam książki w „chwilę”. rok temu całą książkę pochłonąłem w czasie podróży pociągiem z Lublina do Sosnowca. ostatnią książkę czytałem chyba ze dwa miesiące, a później, kiedy zachorowałem i musiałem spędzić weekend w domu, dokończyłem ją w dwa wieczory.
i wiecie co? lubię czytanie. naprawdę. tylko nie jest ono moją pasją, nie odpływam w świat danej książki na tyle, by się od tego uzależniać i chcieć więcej i więcej. mam tak tylko czasem, ale jak odłożę przeczytaną pozycję, to nie czuję głodu nakazującego mi sięgnąć po kolejną. dobrze to, czy źle? nie mam pojęcia.
nie jestem więc zapalonym „czytaczem”, ale – wyobraźcie sobie – w mojej głowie wielokrotnie pojawiała się myśl, by książkę… NAPISAĆ. Tak! Kiedy miałem kilkanaście lat, nawet zacząłem to robić. Rękopis początku mojej pierwszej książki mam po dziś dzień (choć leży w piwnicy). pamiętam, że wtedy w TV oglądałem z przyjemnością MacGyver’a. jednocześnie byłem zafascynowany Sławatyczami – miejscem, w którym klimat zawsze mi odpowiadał. pewnego zimowego wieczoru, kiedy temperatura na dworze sięgała 20 kreski poniżej zera, a leżący na nadbużańskich łąkach śnieg w ogromnych ilościach, po którym chodziło się trudno, acz niezwykle przyjemnie, oświetlało światło księżyca uśmiechającego się do mnie z bezchmurnego nieba, coś mnie natchnęło. doszedłem do wniosku, że zacznę pisać książkę przygodową, w której głównymi bohaterami będziemy… ja i MacGyver, a akcja będzie działa się częściowo na terenie Sławatycz i okolic, a częściowo na terenie ościennych krajów. zacząłem i… po jakimś czasie zostawiłem to zadanie. nie pamiętam, czy przestało mi się to podobać, czy miałem ciekawsze zajęcia, czy też może po prostu nie miałem czasu lub ochoty.
Po tym czasie jeszcze wielokrotnie, z reguły przelotnie, chwilami, bez głębszego zastanowienia, myślałem o tym, by napisać coś dłuższego niż artykuł na niszowego bloga, którego piszę tak naprawdę dla siebie. na studiach miałem okazję wydać swój tekst drukiem. stało się to za sprawą pewnego wykładowcy, który stwierdził, że studenci powinni napisać książkę, pod jego redakcją oczywiście. każdy dostał temat (na 90 studentów było 30 tematów) i musiał napisać coś o tym, co mu przypisano. zdeklasowałem dwóch innych piszących na mój temat i mój tekst ukazał się w książce. miałem nawet gdzieś jej egzemplarz autorski, ale chyba komuś pożyczyłem i już do mnie nie wrócił. :)
teraz myśl o książce znów do mnie wróciła. miałem nawet pomysł, o czym mogłaby traktować. ale wiecie co? słucham radia, czytam prasę (w Internecie), od czasu do czasu obejrzę telewizję i wszędzie słyszę i widzę, że… pisanie książek jest teraz w modzie. a z drugiej strony słyszę ciągle, że Polacy czytają coraz mniej. jakiś ogromny odsetek moich rodaków podobno nie czyta nawet jednej książki rocznie, przy czym trzeba zauważyć, że statystyczne – dajmy na to 1,5 książki rocznie na osobę biorą się z tego, że niektórzy czytają po 3 pozycje tygodniowo. okazuje się, że dzisiaj… WIĘCEJ LUDZI PISZE NIŻ CZYTA. okazuje się, że książkę może napisać dosłownie KAŻDY GŁUPI. pisanie książek stało się takie… mainstreamowe, żeby nie powiedzieć, że wręcz rynsztokowe. jeśli książkę pisze jakiś piosenkarz, „aktorka”, która jest znana z tego, że jest znana, Kinga Rusin, Ilona Felicjańska, Krzysztof Ibisz, jakiś bloger, czy inni CELEBRYCI to… odechciewa się pisać swoją. konkurencja jest zwyczajnie zbyt wielka ;)
więc – na razie – odechciało mi się. jeśli dożyję sędziwego wieku, w którym będę miał czasu więcej niż zajęć, to wtedy może coś naskrobię. na razie będę się produkował tutaj. ;)


































O! ;)


Tutaj z kolei zdjęcie zrobione w kierunku prawie zachodnim. Widać łąkę, za nią drzewa rosnące nad Bugiem, a nad łąką, na tle drzew, tysiące owadów, które udało się pokazać dzięki światłu słonecznemu. Wiele z tych owadów to niestety komary.
Ta fotografia przedstawia z kolei ogrodzenie jednej z nadbużańskich łąk. Takie właśnie ogrodzenia, wykonane z wykorzystaniem kawałków drzew, bardzo mi się podobają. Uważam, że mają pewien urok. Łąki w ten sposób grodzone mają jakiś niepowtarzalny klimat. Niestety, coraz mniej już takich, ale w Sławatyczach i okolicach nadal można takie spotkać.
Komary naprawdę dokuczały. Nic więc dziwnego, że ten Wędkarz zdecydował się wrócić już do domu. Chociaż… może złowił już dostatecznie dużo ryb…
A tutaj, ale i na dwóch zdjęciach poniżej, łąka na Mościcach, w świetle zachodzącego słońca. Fotografie wykonane oczywiście pod słońce. Może i nie ma jakiegoś specjalnego ładu w kadrze, ale nie o to tu chodziło. Chodziło o światło, które tworzy tu – moim zdaniem – świetny nastrój. Oczywiście na żywo wyglądało to jeszcze fajniej (wierzcie mi na słowo lub pojedźcie kiedyś sprawdzić), ale może te zdjęcia choć w kawałku oddadzą panujący tam wtedy nastrój.
Powyższa fotka została zrobiona dosłownie tuż przed momentem, w którym słońce przestało już oświetlać okoliczne łąki tym ciepłym światłem. Schowało się i w jednej chwili zrobiło się nieco chłodniej, choć oczywiście nadal było wystarczająco ciepło na spacer.
Las między Kuzawką a Janówką. Przejedziemy tamtędy na NRR 2010, o ile nie będzie bardzo mokro. Obecnie jest – jak się okazało – dobrze. Woda stoi tylko gdzieniegdzie w rowach, ale droga jest przejezdna, nawet na oponach 700 x 20 (sic!).
Tuż za lasem czeka na nas na NRR kawałek asfaltu. Taki luksus zapewni nam droga przez miejscowość Janówka. Na zdjęciu cerkiew tamże.
A tu już budynek Muzeum J. I. Kraszewskiego w Romanowie. Warto wspomnieć, że Muzeum jest w tym roku jednym ze sponsorów Nadbużańskiego Rajdu Rowerowego.
Tutaj akurat spojrzenie na „Durne Bagno” z wieży widokowej.
Tutaj natomiast uczestnicy naszej wycieczki na jednej z kładek w PPN. Ta kładka była, w porównaniu do innych, komfortowa: prawie żadnych liści, szeroka, z barierkami. super ;) Aaa. tak tak – jako ostatnia w tej grupie jedzie Ania :)
I na koniec tej mini fotorelacji ja, z dziwną miną, na tle jeziora w Wytycznie.
Zastanawiacie się, skąd ta rdza w lampce? Już tłumaczę. Kiedyś myłem rower, po złożeniu, w wannie, prysznicem :) I nie zdjąłem lampki. Po zabiegu nadal świeciła, więc uznałem, że wszystko z nią OK. I wszystko było OK :) Co prawda rdza zjadła jedną sprężynkę do trzymania baterii, ale zastąpiłem ją blaszką z innej lampki, której i tak nie używam.
Uczestnicy Rajdu wjeżdżają do miejscowości Gęś, której nazwa – jak widać – rozśmieszyła Anię ;)
A to zawilec kwitnący w lesie, nieopodal miejsca, gdzie mieliśmy ognisko.
No i jeszcze mój autoportret. Wykonany w lustrzanym odbiciu w okularach kolegi :)
Rower nieostry? Zgadza się. Więcej zdjęć
Po prostu ja. Przy pracy. A na pierwszym planie, podobnie jak na poprzedniej fotce, mój ulubiony kolor ;)

Ten słup „normalnie” stoi kilkadziesiąt metrów od Bugu. Pod koniec marca stał w wodzie.
Bociany, które pod koniec marca były już w Polsce, wydawały się być zadowolone skalą wylewów Bugu ;)
Droga w prawo prowadzi na nadbużańskie łąki w okolicach Kuzawki i Hanny. Pod koniec marca była zalana, co spowodowało odcięcie mieszkańców tamtych okolic od świata.
Żeby dostać się do tego domu, trzeba przepłynąć prawdziwe „jezioro”.
Przez tą posesję, normalnie zlokalizowaną tuż nad Bugiem, po prostu płynęła rzeka. Płynęła całkiem żwawym nurtem. Na widocznej na zdjęciu huśtawce na pewno nie dało się huśtać :)
Mieszkańcy okolic Hanny używali do przeprawy przez zalane łąki łódek. Na zdjęciu jedna z nich. Jej właściciel zapewne musiał akurat załatwić coś w Hannie, bowiem łódka stoi na brzegu rozlewiska znajdującym się już w samej miejscowości.


































